“ Robienie filmów to szansa na przeżycie wielu żyć”
Robert Altman

Bywał kaskaderem, kierowcą i strażnikiem gwiazd. Robił za dublera, powiernika sekretów, wygodne alibi, niańkę, gończego i casting. Świetnie sprawdzał się w roli kreatywnego księgowego. Grywał epizodyczne role – biskupa, urzędnika, kamerdynera. Choć nie przeszedł drogi od pucybuta do milionera, bo historia ta rozgrywa się w socrealistycznej fabryce snów, bohater tej opowieści całe dorosłe spędził na urzeczywistnianiu filmowych wizji wielu polskich twórców.
Od Kanału Andrzeja Wajdy (1956) do Dnia wielkiej ryby Andrzeja Barańskiego (1996): 40 lat pracy w kinematografii, 86 filmów! W czołówkach figuruje pod hasłami: organizacja zdjęć, asystent kierownika produkcji, kierownictwo zdjęć, organizacja produkcji, II kierownik produkcji, kierownik planu, współpraca produkcyjna. W latach 50. i 60. pracował przy realizacji: Eroiki, Orła, Lotnej, Do widzenia do jutra, Niewinnych czarodziei, Samsona i Milczenia. Organizował produkcje i współkierował planem Faraona. Pracował i przyjaźnił się ze Stanisławem Różewiczem, Wojciechem Hasem, Leonem Niemczykiem. Był pierwszym prezesem firmy produkcyjnej Skorpion Art Pawła Rakowskiego. Nigdy jednak nie chciał zostać kierownikiem produkcji, bo ta funkcja usadza za biurkiem, a jego żywiołem była praca z ludźmi, w terenie.

Raz, kiedy skończył się przydział na państwowe fundusze, a do budowanej w Raduczu dekoracji trzeba było dokupić desek – poprosił rachunek na osobę prywatną: Kazimierza Wielkiego, adres: Łódź, Łąkowa 29 – i go rozliczył. Innym razem, na prośbę Kutza, zwerbował do filmu polską dopelgangerkę Marilyn Monroe, która akurat jadła kolację w tej samej restauracji, co oni. W filmie Upał zagrała przechadzającą się przez pogrążoną w majakach Warszawę miss lata. Dostała rolę niemą, bo okazało się, że kiedy otwierała usta, cały czar pryskał. W Lotnej, gdy piękna klacz rasy arabskiej nadziała się podczas jednego z bitewnych ujęć na wystającą w polu lancę i trzeba było ją dobić, a ogłoszenia dawane w ogólnopolskich gazetach w poszukiwaniu dublerki nie dawały efektu, kto wyrusza na poszukiwanie klaczy? Tak właśnie spędził swoje życie – na planie zdjęciowym, na zmianę zapinając wszystko na ostatni guzik bądź ratując sytuację, kiedy się waliło i paliło. Właśnie wtedy był w swoim żywiole.
Należy zaznaczyć, że mówimy o czasach, w których nie było maili, telefonów komórkowych, efektów specjalnych. Taśma kosztowała fortunę i była bardzo wrażliwa na warunki atmosferyczne, a plan na kolejny dzień, ustalany wieczorem po zdjęciach, musiał być przepisany przez kalkę na maszynie i dostarczony do wszystkich członków ekipy, zanim położyli się spać. W tych warunkach trzeba było dopilnować najmniejszych szczegółów: sprzętu, kostiumów, kierowcy, obiadów, zakwaterowania. Każdy rekwizyt musiał zostać zabrany na plener, każdy członek ekipy poinformowany o swoich zadaniach, każdy metr taśmy dobrze wykorzystany. A i tak nie można było przewidzieć i uniknąć pomyłek, więc lwią częścią tej pracy było wychodzenie z sytuacji niemożliwych.
Film był jego życiem. Zmieściły się w nim jeszcze dwie pasje: jazz i motoryzacja. Kobiety, to być może najbardziej skomplikowany wątek jego życiorysu. Matka, której nie było i która zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Żona, tak blisko spokrewniona, że musiał zdobyć dyspensę rodziny i kościoła, by ją poślubić. Córki, w których wychowaniu i dorastaniu praktycznie nie uczestniczył, i które tak naprawdę poznał dopiero kiedy został sam, na kilka lat przed śmiercią. Po drodze wydarzyła się wojna, walka w podziemiu, służba w lotnictwie, odsiadki w więzieniu, socjalizm, demokracja, Szkoła Polska i cztery dekady pracy w polskim filmie. Prawie wiek istnienia wypełniony ludźmi, zdarzeniami, momentami, których starczyłoby na epicką ekranizację. Pod koniec życia, kiedy go spotkałam, często cytował Hitchcocka: “Film to życie, z którego wymazano plamy nudy” – wtedy, nie pracując już prawie dwadzieścia lat, czuł, że tonie w tej plamie. Kiedy opowiadał mi o pracy w filmie, ożywiał się, a ja czułam się jak w kinie.


„Mój Carlo Ponti” – mówiła o nim polska Sophia Loren, Grażyna Szapołowska – “Wzrost się zgadza, głowa się zgadza, tylko kasa nie ta!”. Za to fantazja – ułańska! Rzeczywiście wzrost – jak sam mawiał – miał ‘podły’, podobnie jak Ponti: 165cm, a im był starszy był, tym podlejszy się stawał. Stąd jego stały atrybut – czapka: bosmanka, lub amerykańska tirówka z daszkiem, nałożona zawadiacko, płytko, by dodać sobie centymetrów. Z domu nie ruszał się również bez skórzanej saszetki – małego centrum dowodzenia, miał tam wszystko, czego akurat potrzebował – oraz zegarka. Tych miał cały asortyment od fejkowego Rolexa, który póki się nie rozpadł, wyglądał jak prawdziwy, przez szwajcarskiego nakręcanego Delbana z lat 60., po wizytowego eleganckiego Tissota. W zanadrzu miał garść innych, mniej wartościowych, które ubierał w warunki ‘polowe
Dziś dostałby łatkę gadżeciarza, choć obrastanie w przedmioty, bardziej niż chęcią posiadania i bajeru, podyktowane było u niego potrzebą bycia przygotowanym na wszystko, co może na planie się zdarzyć. Osobiście, z całego zestawu stałego wyposażenia, najbardziej lubiłam jego okulary z opuszczanymi słonecznymi klapkami, a przede wszystkim filmowe wyczucie momentu i gestu, z jakim je nakładał. Towarzyszyło temu często jedno z jego nadwornych powiedzonek, wygłaszane głębokim, nieco komicznym, tenorem, niczym pozakadrowy voice-over: ”Haj- lajf, bon ton, savoir vivre, pardon”, czy “Tego tamtego, figo fago, kawa marago, kobieta nago”. Kurtynę ciemnych szkieł opuszczał także w momentach, gdy dopytywałam go o wybór koloru. Prawdopodobnie będąc pół-daltonistą, wymigiwał się od wyboru tekstem w stylu: “no taki seledyn – ecru”. Na zdjęciach z młodości, bardziej niż Carlo Pontiego, przypomina Jacka Nicolsona. Z zakolami jeszcze przed dwudziestką, trochę wariat, z chochlikami w oczach, a trochę bon vivant, który przysadziste rozmiary maskuje nienaganną elegancją.

Nie zachowało się zbyt wiele zdjęć z okresu przed i zaraz po wojnie. Zbiór wybucha w latach pięćdziesiątych, kiedy Orłowski zaczyna pracę w filmie. Ale i ta kolekcja to tylko resztki po trybie likwidowania śladów swojego istnienia, który włączył mu się wraz z przekroczeniem progu 90-tki. Był typem człowieka, którego dusza, energia, cokolwiek jest w nas poza materią, były tak żywe, że gdyby wymienić mu ciało, spokojnie mógłby przeżyć kolejny intensywny wiek istnienia. Do końca pozostał młody duchem, ale w pewnym momencie musiał zaakceptować, że ciało za nim nie nadąża. Z wszczepionego w wieku sześćdziesięciu lat “hart stymulejtora” najczęściej sobie żartował, urządzając rodzinie i znajomym, również na lotnisku, figle w postaci scenek zatrzymania akcji serca. Dopiero ograniczenie mobilności, które pojawiło się po 80-tce, zaczyna zmieniać go jako człowieka.


Samochód to był ostatni bastion jego męskości. Pozwalał mu zachować niezależność. Dawał poczucie wolności. Nie raz urywaliśmy się na przejażdżki bez celu jego ukochanym Renault. Był zapalonym kierowcą, uwielbiał motoryzację. Założył komórkę ZPMot w Łódzkim Centrum Filmowym i kilka dekad dorabiał wśród kolegów w filmie, pośrednicząc w handlu autami. Był przewodniczącym wspólnoty garażowej na osiedlu, a zebrania, w których żywo uczestniczył również jego sąsiad Leon Niemczyk, odbywały się w jego garażu na łódzkich Bałutach. Każda opowiadana przez niego historia zawierała zawsze szczegółowy opis pojazdu, jakim się wówczas przemieszczał. Pod koniec życia, kiedy siadał mu słuch, wzrok i refleks, zdarzały się ryzykowne sytuacje na drodze z jego udziałem. Wiedzieliśmy, że może stwarzać niebezpieczeństwo, ale nikt z nas nie miał serca odebrać mu kluczyków do wolności. Jeździliśmy więc z nim często, bo niewiele mógł już wtedy chodzić. Zatrzymywaliśmy się po knajpach, przydrożnych restauracjach, jedliśmy sznycle, kluski kładzione, śledzie z grubo rypaną sałatką. Zimą, przy szklaneczce brandy, w dużym pokoju, w skarpetkach na dywanie, tańczyliśmy swinga do jego nieskończonej kolekcji winylowych płyt.
Nawet dla nas, jego bliskich, do końca chciał zachować twarz – maskę, jak piszę jego kolega – Janek, na odwrocie zdjęcia siódmego marca 1944. Janek wygląda jak Humprey Bogart, w stylowym filcowym kapeluszu, w miękkim, romantycznym świetle rozmywającym jego podłużny owal twarzy. To nie Bogart, jakiego znamy z Casablanki. Zmęczony i cyniczny, bez złudzeń o świecie i miłości, w ostrym, kontrowym świetle, wydobywającym każdy z licznych śladów, które pozostawiło życie na przecież tylko czterdziestokilkuletniej twarzy. Obawiam się, że Janek nie miał szansy sprawdzić, czy starzeje się jak Bogart. Jedyny ślad, który po nim pozostał, to zdjęcie wykonane w zakładzie fotograficznym Kochanówny w Radomsku, na którego odwrocie napisze” “Swojemu najlepszemu koledze – Arkowi”.


Orłowski niewiele mówił o tamtych czasach, o tych paru zdjęciach, widokówkach z innego świata, który zniknął jak jego przyjaciele, których zabrała wojna. Nie chciał do tego wracać. Dawał się namówić jedynie, kiedy mógł opowiedzieć historię z zbawną puentą. Taką właśnie przybrał maskę – komika, zabawiacza, ‘czaso-umilacza’ – jakby w pewnym momencie swojego życia zawarł z losem, bogiem, czy może samym sobą, zakład, że jeśli przeżyje, to nigdy nie będzie brał życia zbyt poważnie. Tego się trzymał. Jasnej strony ulicy. Nawet jeśli wymagało to dochodzenia do ściany. Może to jakaś właściwość ludzi, którzy otarli się o śmierć, spojrzeli jej w oczy i przeżyli, z często niewyjaśnionych dla nich przyczyn. Mają oni ten dziwny naddatek, nie tyle świadomości, co wewnętrznego czucia, że ich czas jest ograniczony. Już zawsze jest to czas, który pozostał. To uruchamia w ludziach różne rzeczy, ale odkąd przeżyjesz, zadajesz sobie pytanie: “co chcesz z tym czasem zrobić?”.

Jego ciągnęło do bycia wśród ludzi, do wspólnego działania, organizowania zespołu, realizowania oryginalnych pomysłów. Zastanawiam się czasem, próbując poskładać w całość różne kawałki jego życia, czy gdzieś głęboko w sobie nie mylił bycia potrzebnym, z byciem kochanym. W związku ze specyfiką pracy w produkcji filmowej, większość swojego dorosłego życia spędza na planie zdjęciowym. Jako niedzielny mąż i tata, z daleka ogląda jak dorastają jego córki, jak wychowuje je mama. Może była to dla niego jakaś forma ucieczki? Nie wiedział jak funkcjonować w domu, dzień po dniu z rodziną, nigdy tego nie doświadczył. Dylemat wyboru pomiędzy pasją i pracą a domem i rodziną towarzyszy mu całe życie. Wiele decyzji o tym, w czym będzie brał udział, czego częścią stanie się w życiu zawodowym, odbędzie się kosztem rodziny.
Jedno jest pewne: kochał być na planie! Każdy, kto z nim pracował, a z kim rozmawiam, wspomina go z uśmiechem. Współpracownicy podkreślają, że nie istnieje człowiek, z którym Arek nie potrafiłby się dogadać. “Dobry kierownik planu powinien mieć w sobie pięć, może dziesięć procent poczucia artyzmu, a reszta to umiejętność współżycia z ludźmi” – powtarzał po czterdziestu latach pracy na planach- “Kierownik planu jest na granicy dwóch światów: produkcji i artystów, i musi ich jakoś pogodzić”. “Jemu z jakiś powodów zawsze się to udawało” – potwierdza producentka Jola Rodziewicz-Rajzacher, z która zaczynała w latach sześćdziesiątych pracę w produkcji pod jego skrzydłami. Nie przypomina sobie, by przez te wszystkie lata Arek miał z kimś w branży konflikt, co w tym zawodzie bardzo rzadko się zdarza. Niejednokrotnie spinał i trzymał wszystkich na planie, choć jmówiąc o swojej pracy podkreślał, że nie był nikim ważnym, po prostu przygotowywał to, czego filmowcy potrzebowali, a przy okazji bardzo to lubił.

Kiedy przygotowując ten tekst słucham wywiadów i rozmów z nim, tych, które się zachowały. Kiedy tnę, montuję wszystkie inne wywiady, które zbierałam, próbując dowiedzieć się więcej o jego życiu. Uderza mnie jedna rzecz. Z każdego jego nagrania, wywiadu, można montować dowolne kolaże fenomenalnych anegdot. Nie ma tam meandrowania, opowiadania o swoim znaczeniu, nudnych i bezcelowych kawałków. Każda dykteryjka opowiedziana jest tak, by na koniec wywołać uśmiech u odbiorcy. Zaczynał mimochodem, wtrąconym powiedzonkiem, wokalizą naśladującą okoliczności bądź sposób mówienia bohatera historii. Sam sposób opowiadania zabierał Cię gdzieś indziej, jak za pstryknięciem palców byłeś w środku rozwijanej przez niego historii. Spokojnie mógłby obecnie zarabiać uprawiając stand-up comedy.
O spisaniu jego historii i opowieści myślałam od wielu lat, właściwie odkąd go poznałam. Wiele razy namawiałam go, by sam to zrobił. Pisanie nie było jednak jego żywiołem. Podarowaliśmy mu więc dyktafon, żeby nagrał swoje wspomnienia. Gadanie do maszyny było dla niego jednak równie bezsensowne, jak rozmawianie z kimś, kto nie słucha. Z uruchomieniem jego opowieści było trochę jak z czekaniem na grzyby w lesie, potrzebowały odpowiedniego momentu i atmosfery do wyjścia na powierzchnię. Nie rozumiał też, po co chcę je nagrywać. Z moich pomysłów na spisanie jego historii robił sobie głównie żarty. Odszedł, zanim zaczęłam.

Zdążyłam nagrać jedynie dwie rozmowy. Z powodu pandemii nie mogłam przyjechać nawet na jego pogrzeb. Żegnałam go z drugiej strony globu. Czy ktoś, kto był blisko, kto jest związany z tym, o kim pisze, może napisać reportaż, czy tylko wspomnienia? Czy moja motywacja i perspektywa jest właściwa? Czy obiektywność, brak emocjonalnej relacji jest w tym wypadku warunkiem sine qua non? Zadawałam sobie te etyczne z gruntu pytania, wertując kolejne biografie, by uzyskać ‘rozgrzeszenie’. Znalazłam je u Janet Malcolm, która przyglądając się pracy biografa, pisze, że ułudą jest obiektywność autora, jego bezstronność i brak uwikłania. “Nie da się pisać w stanie niezaangażowania” – ostentacyjnie stwierdza redaktorka i autorka wielu wybitnych biografii dezawuując i analizując sam proces pisania. Pisanie jest mieszaniem się, angażowaniem, przeżywaniem – zawsze ma jakiś komponent pożądania, emocjonalnej relacji wobec swojego obiektu. Coś nas do niego przyciąga, jakaś część pochłania i jeśli będziemy ukrywać tą część, to ona również będzie coś zasłaniać.


Jestem zaangażowana, wmieszana w życie mojego bohatera, emocjonalnie z nim związana i na pewno ma to wpływ na to jak i co opowiadam. Nie chcę tego ukrywać. Często u niego gościłam. Najczęściej, gdy przychodziłam, już zza drzwi rozpoczynało się przedstawienie – artykułowane głębokim tenorem pytanie: “Kto tam?” – uruchamiało odpowiedni spektakl, uzależniony od odpowiedzi. Kiedy otwierał drzwi, to tak jakby ktoś z tyłu mówił: “kamera, akcja!”. Dostępny repertuar ról, przeważnie życzliwych dla odbiorcy, zależny był od stopnia bliskości i domniemanych przewinień. Potrafił być złośliwy, czasem upierdliwy, z pewnością wymagający. Zdarzało mu się być niesmacznie rubasznym, zwłaszcza po paru głębszych. Jeśli nie przyszłam na czas, odwołałam spotkanie, nie załatwiłam czegoś, tak jak chciał, obruszał się. Nie było dyskusji. Trzeba było poczekać, aż mu przejdzie. Jednocześnie miałeś wrażenie, że włączasz go, uruchamiasz z jakiejś pauzy, niebytu, kiedy się pojawiasz. Zawsze witał Cię w mieszkaniu zalewajką, albo zacierkami na gazie, szklaneczką brandy i zależnie od nastroju: kąśliwą uwagą, bądź żartem. Kurczył się i gasł od bycia samemu, od bycia niepotrzebnym. Bez ludzi usychał. W pewnym momencie jego przyjaciele, ludzie, których znał, z którymi pracował, jeden po drugim, zaczęli odchodzić. Nawet Ci sporo młodsi od niego. Częściej niż w kinie bywał na cmentarzu. Kiedy odeszła jego żona, bardzo dobrze się maskował. Dopiero po latach zrozumieliśmy, że był to cios, z którego nigdy do końca się nie podniósł. Przez ostatnią dekadę swojego życia prowadził kalendarzyki, w których skrzętnie notował swoją codzienność: ciśnienie krwi, numery totka, wydatki, imieniny, urodziny oraz pogrzeby znajomych i rodziny. Zapiski, gdzie kto pojechał, kiedy wraca, co trzeba załatwić, listy sprawunków, wypłat z bankomatu, wydatków na paliwo, wizyt u lekarza. Po powrocie do kraju dostałam je od rodziny i poprzez ich lekturę odtwarzałam sobie ostatnie lata jego życia: spotkania, wspólne obiady, uroczystości, rozmowy telefoniczne ze znajomymi – wraz z upływem lat, jest ich coraz mniej. W kolejnych rocznikach, coraz więcej pustych dni, coraz mniej ludzi i spraw. Ja też opuściłam to krzesło po drugiej stronie stołu w kuchni, gdzie zawsze ze mną siadał. Tylko blok dalej od miejsca, w którym teraz siedzę i piszę te słowa.



Bazowym pomysłem na przedstawienie historii Arkadiusza Orłowskiego był scenariusz filmowy. Zaczęłam uczęszczać na kurs scenariuszowy i pracować nad stworzeniem fabuły w oparciu o jego życiorys. Reportaż, który w tej chwili czytacie, to kolejny etap tej podróży. Jeden z wykładowców naszego kursu porównał kiedyś pisanie scenariusza do techniki tworzenia obrazów w dawnym czasach. Artysta, zanim zabrał się do malowania, wykonywał kilka, bądź nawet kilkanaście, szkiców obejmujących różne punkty widzenia oraz dużo większy zasięg przedstawionych postaci, artefaktów czy sytuacji niż ten, który ostatecznie przedstawia rama obrazu. Dopiero kiedy twórca znalazł odpowiednią perspektywę i temat brał się do malowania, do przekazania tego, co do niego samego przemawia.

Reportaż “Kinema” to zbiór szkiców, dziennik z przyglądania się różnym etapom życia Arkadiusza Orłowskiego: realiom, zdarzeniom, ludziom, którzy go otaczali. Zbudowany jest wokół kilku wybranych z jego życia scen, przyjmujących formę filmowych sekwencji, które otwierają kolejne rozdziały. Fragmenty te, ze względu na swój ‘filmowy’ charakter, zawierają elementy autorskiej kreacji i w tym wymiarze, mieszczą się raczej w gatunku literackiej fikcji niż reportażu. Ze względu na formę publikacji, integralną częścią tekstu stają się materiały wizualne i fragmenty nagrań wywiadów. Odsłuchując ich, można zweryfikować jaka część, przedstawionych w scenach otwarcia, detali, okoliczności i wydarzeń jest autentyczna, a jakie aspekty są wynikiem kreacji.


Każdy z rozdziałów, rozwijając przedstawioną w otwarciu scenę, opisuje kolejne wydarzenia z życia Arkadiusza Orłowskiego, jego rodziny i współpracowników – rekonstruowane na podstawie wywiadów, dokumentów oraz innych materiałów pozyskanych z archiwów prywatnych, bądź publicznych. Podróż rozpoczynamy w przedwojennym Radomsku, gdzie wraz z kolegą ze szkolnej ławki- Stanisławem Różewiczem- Orłowski odkrywa lokalne Kinema, a wraz z nim świat filmu. To miejsce odmienia życie ich obojga. Zanim jednak Arek będzie w ogóle mógł marzyć o robieniu filmów, jako nastoletni chłopak, musi przetrwać wojnę. Odbierze mu ona najbliższą rodzinę, która choć rozbita, była dla niego punktem zaczepienia. Koniec wojny nie będzie końcem kłopotów i walki o życie dla dwudziestoletniego Orłowskiego. To wtedy jednak uda mu się odnaleźć miłość, o którą będzie walczył kolejną dekadę. W latach pięćdziesiątych przeprowadza się do Łodzi i zaciąga do pracy na Łąkowej 29. Karierę w filmie rozpocznie od przerzucenie dwóch ton gipsu. Dopiero niefortunny wypadek sprawi, że trafi na plan filmowy. Karierę w zespole Kadr rozpoczyna jako kierownik zdjęć w “Kanale” Wajdy. Kiedy zdobywa wymarzoną pracę i miłość, wydaje się, że zostało już tylko dodać : “..i żyli długo i szczęśliwie”. Jednak życie filmowca wymaga poświęcenia i jest to cena, którą płaci nie tyle on sam, co jego rodzina. Scenariusz ten napisało życie, i to życie, które upłynęło z filmem w roli głównej.



