SEARCH
Filed under Bez kategorii

Sekwencja 6 – Do widzenia, do jutra


“Być może potrzeba odwagi, by wychować dzieci”
John Steinbeck, “ Na Wschód od Edenu”, 1952

Wn., Dom Marynarza, Gdynia, wrzesień 1959, wieczór

W restauracji Domu Marynarza przy kilku stolikach siedzi ekipa filmowa. Wszyscy w dobrych nastrojach, przeżywają jeszcze miniony dzień zdjęciowy, spierają się o detale. AREK krąży między stolikami, rozdaje rozpiski na kolejny dzień, zatrzymuje się przy konkretnych osobach, ustalając harmonogram zajęć od rana i zapotrzebowanie. Powoli część ekipy zaczyna się żegnać, chce być na jutro wyspana. Część jeszcze w podgrupkach z planem w rękach coś ustala, ale i oni powoli się rozchodzą. Zostaje już garstka osób – ZBYSZEK, do którego co chwilę ktoś z gości podchodzi, reżyser KUBA, operator JANEK, kierownik produkcji JUREK i AREK. Omawiają dokładnie jutrzejszą lokację i efekt, który chcieliby osiągnąć. W końcu ustalają wspólną strategię i umawiają się na dole na śniadanie o szóstej rano. KUBA odchodząc, przerywa rozmowę ZBYSZKA. Dziękuje mu za dobry dzień zdjęciowy i  przypomina, że jutro zdjęcia z Tetetką od samego rana! ZBYSZEK teatralnym ruchem chwyta wiszącą przed nim lampę i kieruje ją prosto w twarz – przyrzeka, że do jutra będzie wyglądał jak młody bóg. Rozbawieni żegnają się czule. Stolik realizatorów odchodzi. Przy drzwiach JUREK zatrzymuje ARKA i szeptem stanowczo wydaje mu polecenie: ma przypilnować ZBYSZKA! Nie ważne jak to zrobi, ale ma sprawić, żeby ZBYSZEK jutro od rana na zdjęciach się pojawił. Odchodząc, wciska mu z wymuszonym uśmiechem klucz w rękę.  AREK ze skwaszoną miną przygląda się przez chwilę, jak mężczyźni wspinają się po schodach, po czym odwraca się na pięcie i wraca do sali restauracyjnej, gdzie przy stoliku ZBYSZKA zebrał się już wianuszek wielbicieli. Przysuwa sobie krzesło do zebranych, ale siada nieco z boku, nie przerywając rozmowy. Co jakiś czas łapie ze ZBYSZKIEM kontakt wzrokowy, robiąc głupie miny, aż w końcu wydobywa go z kolejnego ognia pytań, zarządzając, że czas spać przed jutrzejszymi zdjęciami. ZBYSZEK posłusznie poddaje się poleceniom kierownika. Wydaje się, że jest mu na rękę, że nie on sam musi przerywać rozmowę. Wygłupiając się za plecami ARKA, opuszcza restaurację.
W drodze do holu Zbyszek proponuje, by na dobranoc strzelili sobie po setce, coby lżej im się wchodziło na trzecie piętro. Ucinają sobie miłą pogawędkę przy barze i  biorą jeszcze kolejkę na drugą nóżkę, dla równowagi. Kontynuując rozmowę, wspinają się razem po schodach, aż docierają do pokoju ZBYSZKA na samej górze. ZBYSZEK, wchodząc do pokoju zarzeka się, że idzie spać, bo jest zmęczony. Zamyka za sobą drzwi. Arek jednak nie odchodzi spod nich. Po chwili namysłu wyjmuje z kieszeni spodni klucz, wkłada go delikatnie do dziurki, wstrzymuje powietrze i przekręca. Po cichu wyciąga klucz i wykonuje nim znak krzyża z oczami wlepionymi w sufit. “Do jutra, do widzenia” – szepcze, gdy jest już na schodach.

Fragment wywiadu przeprowadzonego w ramach filmu dokumentalnego “Ekipa” reż. Lesław Dobrucki, Kuba Maciejko, Rafał Samborski,2007- udostępniony dzięki uprzejmości twórców

Czy świeżo upieczona małżonka zdaje sobie sprawę, że mąż filmowiec to jak mąż marynarz? Chyba nie do końca. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikuje jej oczekiwania. Tym dosadniej, że akcja pierwszego filmu, przy którym pracuje Arek po ślubie, dzieje się na statku. W tym okresie piszą do siebie bardzo dużo listów. Aparaty telefoniczne są głównie w biurach, sklepach i  urzędach. W każdym liście, świeżo poślubiony Lusik, pyta kiedy wreszcie będzie mogła zobaczyć swego męża, kiedy będą mieć czas dla siebie? 

Zanim jednak on pojedzie na zdjęciowy plener, to ona wyruszy na pierwsze wakacje po ślubie. W góry. Sama. On musi zostać w Wytwórni. W dniu przyjazdu wysyła mężowi kartkę – podróż okropna, do Katowic stoi w korytarzu, autobus do Wisły napchany, ale zakwaterowanie wynagradza trud. Góralski dom, który widnieje na kartce, jest zjawiskowy. Następnego dnia w czwartek o 9:30 rano pisze do niego pierwszy ‘małżeński” list:

Kochanie,
(…)
Jestem b. zadowolona z Wisły. Dom nasz stylowy, góralski, położony jest przepięknie. Dookoła cudne świerki – brodacze. Tutaj jest okres sianokosów, pod naszymi oknami stoją kopy – zapach upajający. Kierownictwo domu nadzwyczajne, kierownik młody, b. dowcipny (inteligentnie!) i energiczny. Robi wszystko, żeby umilić nam czas.(…)Jedzenie świetne i obfite. Codziennie ciasto – albo przy obiedzie (napoleonki) albo przy kolacji – ciasteczka. Np. na śniadanie: zupa mleczna, 2 kawałki masła i 5 plasterków pieczonej cielęciny, bułka, dżem, miód, kawa. Obiad: 2 zupy do wyboru i 2 drugie dania no i oczywiście deser. Kolacja: zsiadłe mleko z ziemniakami, 2 jajka sadzone, kawałek masła, herbata. Innowacją jest, że kawę i herbatę podają nie słodzoną, a cukier w cukiernicach. Herbata mocna i gorąca. Jednym słowem wyżywienie na 5 +. (…)
Mnie trochę ckno za domem, ale myślę, że to przejdzie. W przyszłości będziemy razem. Ale małżeństwa mają najładniejsze pokoje. Na razie tyle. Pamiętaj, że nie(dopisane)wolno mnie zdradzać, musisz o mnie dużo myśleć i tęsknić.Pamiętaj!(…)
Podaj mi adres Bobka – wyślę kartkę.

Mąż już po trzech dniach odpowiada:

“Moje ukochane Słoneczko!

Kartę i list dostałem.(…) Pamiętaj Lusieńko, że najważniejsza rzecz, to odpoczynek do dalszego “męczenia” się z mężem. (…) Jeśli chodzi o mnie to czuję się tutaj jak niemowlę opuszczone przez matkę. Pracy mam bardzo dużo. Wychodzę z domu 7.15 a wracam przeważnie około 21.00. Wracam do pustego mieszkania, gdzie “chłodno, głodno i do Ciebie daleko”. Pocieszam się myślą, że zostało mi mojej samotności “tylko” osiem dni. (…) Obiady jem w atelier, kolacji z reguły nie jadam. 
W piątek najadłem się porządnego stracha. Pojechałem na lotnisko załatwić pewną sprawę finansową. Wysiadłem z samochodu, lecz wróciłem do niego ponieważ zapomniałem zabrać pieniądze, które miałem w wiatrówce. Po przeszukaniu wiatrówki oraz kieszeni w spodniach i koszuli okazało się, że pieniędzy nie ma. Wyobrażasz sobie moje przerażenie? – 2 500 zł. zniknęło. Mówię Ci Lusiu, że łzy stanęły mi w oczach, pomyślałem sobie – pechowy tydzień. Najpierw Ty wyjechałaś, potem zgubiłem, bądź skradziono mi długopis, następnie na pewno zgubiłem cygarkierkę od Bobka (którą Ty tak nie lubiłaś), a teraz te pieniądze. Myślałem, że chyba się powieszę.”

Pieniądze znajdują się w samochodzie. Wypadły z kieszeni kurtki i wsunęły się pod tylne siedzenie. Arek zdaje Lusi relację z bieżących spraw towarzysko-rodzinnych, wciąż też ma problem, by zarejestrować motor. Ma dla niej niespodziankę – chce pożyczyć samochód i odebrać ją z Wisły. Marzy o tym, że wrócą razem autem. Martwi się w liście o jej zdrowie. Prosi, by odpoczywała. Z kolejnych listów wnioskuje, że już wtedy musiała być w ciąży. Na koniec zakochany mąż dodaje:

“Wracając do mych spraw osobistych, to muszę Ci powiedzieć dziewczynko, że bardzo mi jest brak Ciebie i strasznie tęsknie za Tobą. Bardzo bym chciał abyś już była z powrotem przy mnie. Jakoś dawniej przed ślubem gdy rozstawaliśmy się na dłuższy okres czasu nigdy tak mocno nie tęskniłem do Ciebie. Przed Twym wyjazdem chwaliłem się, że nareszcie odetchnę pełną piersią i że wrócą dawne “dobre” czasy kawalerskie. Okazało się, że marne to było wówczas oddychanie i bardzo marne czasy. Całe szczęście, że pozostała tylko jedna niedziela. (…)

PS. Do dnia dzisiejszego zapomniałem Cię zdradzić! Muszę się śpieszyć!.”

Lusia wraca z końcem czerwca, a już w lipcu Arek wyjeżdża do Gdyni – kręcą film “Orzeł”. Leci tam samolotem, gdzieś nad Włocławkiem wlatują w burzę: “widok naprawdę wspaniały – uczucie trochę mniej.” Gdy piszę do niej pierwszego sierpnia, kaja się za tak długie milczenie. Liczył, że uda mu się przyjechać na weekend do Łodzi, lecz rezygnuje z przyjazdu, gdyż w sobotę musi być w Gdyni. Mieszka w hotelu Nadmorskim, śpią we czterech w pokoju: charakteryzator, kierownik budowy dekoracji, asystent operatora i on. Pracy mają dużo, wyjeżdżają na plan o siódmej rano, wracają o ósmej, dziewiątej wieczorem. Są dni, że pracują całą dobę. Kręcą też na statku m/s H.Kołątaj, który przypływa akurat z rejsu przez Argentynę, Brazylię i Urugwaj: “Wyobraź sobie, że przejazd w obydwie strony kosztuje od osoby 6-7 tysięcy złotych. Może zrobimy taką wycieczkę? Ja osobiście z przyjemnością.”  – pisze, gdy krecąc na statku spędzają trzy doby.

Lusia z pewnością jest już wtedy w ciąży: “Odpisuj mi zaraz Lusieńko bo ja bardzo się martwię ze względu na Twój stan.” Lusia chodzi cały czas zmęczona: “Czuję się różnie i na zmianę. Nic kompletnie nie robię, wcześnie kładę się spać – jednym słowem prowadzę się nobliwie. (…) Wogóle to każdy dzień taki jakiś wytrącony z równowagi – nic kompletnie mi się nie chce, nic nie robię i właściwie sama nie wiem co mi jest.” Chodzi jedynie do kina, na kupony – “wkładki” jak je nazywa, które dostaje od Arka. Poza tym doradza “fajtłapie” Bobkowi w sercowych rozterkach. Na nic więcej nie ma siły. Arek z planu “Orła” wraca w drugiej połowie sierpnia, a już we wrześniu w Zegrzynku rozpoczyna się plan “Lotnej”. 

To duże wyzwanie – Arek pierwszy raz jest głównym kierownikiem planu. Krecą na, bardzo wtedy drogiej, taśmie kolorowej ORWO. Są sceny batalistyczne, jest wojsko i konie. Ekipę filmową zakwaterują w koszarach Oficerskiej Szkoły Łączności w Zegrzu. Ponad dwieście koni jest trzymanych na terenie Umocnienia Małego (fortu) Twierdzy Zegrze, a piętnaście czołgów T-34 obudowanych dyktą tak, aby przypominały niemieckie, zaparkują na terenie parku sprzętu technicznego jednostki wojskowej. W realizacji filmu jako statyści biorą udział podchorążowie z Zegrza. Muszą się śpieszyć – mieli zacząć latem, jest jesień, jeszcze złota. Zdjęcia zaczynają się pierwszego października od ostatniej sceny – pogrzebu Podchorążego, którego koledzy z oddziału grzebią w sadzie. Zamiast kwiatów, przykryją jego ciało jabłkami. Arek, żeby napisać do żony, znajduje czas dopiero po rozpoczęciu zdjęć w niedzielę w nocy:

“Zegrzynek, 5.X.1958r

Niedziela, godz. 23.40

Kochana moja Ptaszyno!

Naprawdę nie wiem w jaki sposób mam Cię przeprosić za tak długie milczenie. Wiesz dobrze, że nie bardzo lubię pisać listy, dlatego też dzwoniłem kilkakrotnie do Ciebie lecz nigdy nie miałem szczęścia zastać Cię w biurze. Pozatym, tak się zawsze składało, że już miałem jechać do Łodzi jednak w ostatniej chwili znajdowały się przeszkody.(…) W każdym razie to wszystko mnie nie usprawiedliwia mego milczenia. Dlatego też proszę Cię bardzo Lusik nie gniewaj się. Gdybyś wiedziała jak ciężko pracuje Twój mąż na pewno pożałowałabyś go.

Pracy jest tyle, że nie wiadomo za co się łapać. Najgorsze jest to, że wszystko co się robi dzisiaj, zasadniczo powinno być zrobione wczoraj. Cały film jest bardzo spóźniony w czasie dlatego też taki pośpiech. W ogóle, rzecz bez precedensu w filmie – kręci się już zdjęcia a plan generalny jeszcze nie zrobiony i scenopis stale ulega zmianom tak, że właściwie sam Wajda nie wie co będzie dalej z fabułą filmu.

Ja osobiście tym większy mam kołowrotek, że jestem pierwszym kier. zdjęć i to po raz pierwszy w filmie o takim charakterze nie jest wcale łatwe. Możesz być spokojna – jak do tej pory wstydu nie przyniosłem. Wprost przeciwnie, Adler jest podobno ze mnie bardzo zadowolony (takie mnie dochodzą słuchy. Zresztą mam też dużo szczęścia. Załatwiłem parę takich spraw, które z góry wydawały się skazane na niepowodzenie. Hager, który był tu dwa razy a ostatni raz wczoraj powiedział mi osobiście, że jest bardzo, bardzo zadowolony z mojej pracy i radził mi aby nic nie zmieniło się w moim postępowaniu, a na pewno w filmie nie zginę i mogą być ze mnie “ludzie”. (…) W każdym razie pomimo, że praca jest bardzo ciężka i wyczerpująca ze względu na szalony pośpiech, jestem bardzo zadowolony. Dużo satysfakcji daje też prawie, że zupełna samodzielność i prawo decyzji. Chciałem Ci pokrótce opisać co tu się dzieje.

 A więc wstaje przeważnie o godz. 5.00 lub 5:30. Cały dzień uganiam się z wojskiem i cywilami. Wogóle makabra ze względu na duże odległości między miejscami zdjęć, bazą a koszarami (3- 10 km). Spać natomiast idę przeważnie między 24 – 1:00. Teraz przed chwilą wróciłem z W-wy do której nie wiedziałem, że dzisiaj pojadę. Gdy skończę ten list muszę jeszcze z godzinkę poślęczeć nad planem generalnym. Jeśli chodzi o miejsca zakwaterowania to są dość dobre. Przeważnie pokoje dwuosobowe. Ja mieszkam razem z Czesiem Grabowskim, który jest asystentem operatora. Wodę do przedwczoraj mieliśmy w pokojach ciepła i zimną. Nawalił jednak motor i z tego powodu trzeba albo myć się w rzece lub nosić z niej wodę do pokoju. Ciepło teraz jest więc nie marznę. Zobaczymy co będzie dalej.(…)

Ja osobiście już sobie przyrzekłem i ustaliłem z Adlerem, że w sobotę jadę bez względu na wszystko do Łodzi. Tak, że możesz spodziewać się, że w sobotę o godz. 21:30 będę w domu. Świntuch ze mnie jest. Rozpisałem się o sobie a nie daje dojść do głosu Tobie. A więc najważniejsze jak się czujesz kochanie czy wszystko w porządku u Ciebie ze zdrowiem i samopoczuciem? O ile Cię znam to napewno do tej pory u lekarza nie byłaś – prawda? I zostaw człowieku babę samą! Bardzo proszę Cię Lusik uważaj na siebie. Pamiętaj, że teraz musisz troszczyć się nie tylko o siebie samą. (..)”

Szóstego października, pół godziny po północy, dodaje jeszcze:

Mieścisz się jeszcze na tapczanie? Bardzo jestem ciekawy. Zobaczymy, zobaczymy” – pod nim adres zwrotny  i telefon do bazy ekipy filmowej.

Dokumentacja do filmu “Lotna” – Wyszków dn.4.IX.1958 r.

Jego pierwsze urodziny spędzą osobno, jak i wiele następnych imienin, rocznic i uroczystości. Lusik w czułym liście życzy mu “Simki” i syna. Ma dużą anemię. Nie ma czasu i siły chodzić do kina. Zależy jej na tym, by chodzić do pracy. Pracuje w Centralnym Ośrodku Badawczym Maszyn Włókienniczych – robi dużo tłumaczeń, jest dokładna, rzetelna i doceniania. Arek dziękuje za życzenia i wyznaje, że wybrał już imię dla syna. Wyjawi je, gdy się spotkają. Jeśli będzie córka, niech ona wybierze imię. Na urodziny kupuje sobie płaszcz nieprzemakalny, zagraniczny za 470 zł. Ogląda również sweter – kamizelkę z importu, ale boi się podjąć zakup za 1150 zł bez jej opinii. Z “funduszy specjalnych” dokonuje natomiast zakupu śnieżnobiałej koszuli za 260 zł, gdyż udaje się z Wajdą w imieniu Zespołu “Kadr” na uroczystą premierę “Popiołu i Diamentu” w Radomiu. Koszula niedługo jest jednak biała, bo gdy wracają do Zegrzynka psuje im się silnik i Arek jest zdany na siebie: “bo przecież Wajda nie zna się zupełnie na samochodzie.” Zresztą z Wajdy to niezły “wynalazek”, jak pisze Arek, jeśli chodzi o plan zdjęciowy, ciągle coś zmienia. Nocami wysyła do niego Morgensterna, który jest odpowiedzialny za rekwizyty na planie, z pomysłami i życzeniami, które przychodzą mu do głowy akurat przed snem. Arek w pewnym momencie na swoich drzwiach wywiesza kartkę: “Zamówienie na rekwizyty na dzień następny przyjmuje do północy”. 

Fragment wywiadu przeprowadzonego przez Agnieszkę Korycką – Sobotko w ramach zbierania wywiadów z twórcami filmu “Faraon”, reż. J.Kawalerowicz

Z końcem października pisze do Lusi już w liczbie mnogiej. Martwi się o ich zdrowie. Proponuje, że pożyczy pieniądze na prywatnego lekarza. Wysyła jej 2 kg cytryn. Ona jemu ekspresem wysyła bieliznę i koszule flanelowe od praczki. Między codziennymi sprawami i raportowaniem pogody wtrąca nagle: “U nas pogoda popsuła się – właściwie więcej pada niż nie. Sprawa mojej kandydatury na dyr. już definytywnie pogrzebana. C. Zarząd obawia się, że po urlopie macierzyńskim będę równie dużo opuszczać za względu na dziecko. Właściwie jestem zadowolona, że tak to się samoczynnie stało. U nas wytworzyły się takie paskudne stosunki. Jeden pod drugim kopie dołki i szuka dziury w całym. A przecież ta gospodarka materiałowa byłaby na mojej głowie. Oczywiście pieniążków byłoby więcej ale czy muszę tak strasznie szarpać sobie nerwy – przecież kopy dzieci nie mam na utrzymaniu (narazie) prawda? Wprawdzie ta “kopa” by się przydała – byłoby mi weselej, a tak ciągle jestem sama i sama. Wczoraj ogarnęła mnie taka chandra, że nie mogłam kompletnie usnąć. Ty przynajmniej masz tego rodzaju pracę, że nie masz czasu na to aby za kimś troszkę potęsknić, a właściwie przydałoby się Tobie. Wyobraź sobie wczoraj miałam gości. (…)Przynieśli ze sobą ciastka, zrobiłam herbatę, kawę, no i oczywiście wypili winko za Twoje zdrowie. Robili wszystko żebyś tylko miał czkawkę. Po ich wyjściu była taka wspaniała muzyka i może dlatego nastawiłam się chandrowato. Szkoda, że Ciebie nie było w domu. Ale ja tu wypisuje same niedorzeczności a Ty napewno śmiejesz się ze mnie. Widzisz czasami człowiek ma takie słabości – nawet ja jestem taka sama (…)”.

W listopadzie zaczynają się problemy z pogodą. Plan głównie stoi, aż “przetrze się” niebo. Produkcja modli się, by nie spadł śnieg. Arka szlag trafia, bo przesuwa to datę likwidacji planu, a więc i powrotu do domu. Martwi się o Lusię, która źle się czuje. Lusia pisze, że krwawi, ma bóle i nie może chodzić. Idzie do prywatnego lekarza, który orzeka, że z dzieckiem jest wszystko w porządku, ale w związku z objawami Lusia powinna położyć się do łóżka. Lusia ogranicza, ale nie chce kompletnie przestać chodzić do pracy. Poleguje, ile może i chce zrobić kolejne badania, najwyżej wtedy weźmie zwolnienie. Wyniki są nienajlepsze: “Już piąty dzień leżę u Mamy i nudzę się jak mops. Okropne jest takie leżenie – właściwie niby jest się zdrowym, gorączki nie ma, a tu leż.(…) To jednak straszne – wyglądam jak tur, a ciągle są jakieś komplikacje. (…) Ruchy czuję b. silne – jednak to dzieciątko musi być b. żywe i rozhulane. Kopie bez przerwy. Najważniejsze żeby szczęśliwie donosić. Ja sobie nie wyobrażam co to będzie za 1 – 1, 5 – przecież ja nic kompletnie nie będę mogła sama zrobić. Tak strasznie przykrzy mi się to leżenie, że sobie nie wyobrażasz (…). Z nudów czytam wszystko co jest pod ręką. Nawet, po raz nie wiem który, czytałam Znachora, oglądam zdjęcia, jakoś dni mijają. Zobacz dziś jest 19, a ja jeszcze nie byłam nawet w kinie – i pomyśleć tylko, że człowiek taki się robi do niczego. Ale ja to nadrobię po wszystkim. Swojego męża wyślę na wieś z maleństwem a sama będę szaleć, prawda? Przecież należy mi się rekompensata za ten okres. Tata będzie prać, przewijać, nosić a Mama będzie szaleć. No ale to jeszcze muszę trochę poczekać, na razie bardzo mocno Ciebie całuje.

Wtedy dochodzi do tragicznego wypadku na planie. Główną bohaterką filmu jest biała, nakrapiana, piękna klacz krwi arabskiej – tytułowa Lotna. Konia, który zagrał Lotną, doradził Wajdzie pułkownik Rómmel. Naprawdę miała na imię Wielka Topola i należała do stajni wyścigowych na Służewcu. W fabule filmowi ułani, w trakcie kolejnego ostrzału, dostrzegają zachwycającego białego konia, który samotnie mknie przez pola ścigany przez niemiecką artylerię. Kiedy niedługo potem zjawiają się w pobliskim majątku ziemskim, spotykają tam złożonego chorobą sędziwego właściciela. Przy jego łóżku stoi widziany wcześniej koń – Lotna. Ziemianin podaruje klacz dowódcy szwadronu, rotmistrzowi Chodakiewiczowi (granemu przez Jerzego Pichelskiego). Niezwykły dar budzi ogromne emocje, a wręcz namiętności pozostałych oficerów i wachmistrza. Tylko z rzadka padają głosy rozsądku, że koń o takiej maści to ogromne ryzyko dla każdego dosiadającego go jeźdźca. Nie zniechęca to dowódcy, który od tej pory dumnie Lotną ujeżdża.

Do wypadku dochodzi podczas jednej z prób do scen batalistycznych, gdzie cały teren szarży jest usiany specjalnie wykopanymi dołkami zamaskowanymi jedliną. Doły są tak pokopane by uzyskać efekt potykających się koni, ale jednocześnie nie uszkodzić koni. Oficerowie i żołnierze występują w tej scenie z lancami wykonanymi ze stalowych rur zakończonych szpikulcami, takimi jak na ogrodzeniach. Podczas próbnej szarży jeden z żołnierzy, po potknięciu się konia, gubi lancę i wbija się ona pod ostrym kątem w ziemię. Pech chce, że zaraz za nim pędzi Lotna, która potyka się w tym samym dołku i ląduje na wbitej w ziemię lancy. Lanca przeszywa jej ciało. Jeździec ląduje obok. Konia nie daje się uratować. Jeden z podchorążych, pracujących przy filmie, dobija ją na miejscu. Pochowają ją tam wspólnie. Wszyscy na planie ubolewają i upijają się tego wieczoru równo, łącznie z pułkownikiem Rómmlem, który nie może odżałować śmierci Wielkiej Topoli.

W listopadzie 1958 „Przekrój” drukuje ogłoszenie: „Film Polski poszukuje końskiego dublera, klacz-arabka”. O tym wypadku dowie się cała Polska. O innym będzie wiedziała już tylko garstka. Po zakończeniu zdjęć żołnierze pojechali z poligonu do Serocka swoim czołgiem. Widok takiego pojazdu na drodze nie budził w latach 50. zdziwienia. Za Borową Górą, przy wyprzedzaniu wozu konnego, żołnierze zjeżdżają na lewą stronę drogi. Na poboczu czołg wpada na drzewo, ono łamie się w pół, spada na czołg i zabija żołnierza, który siedzi w otwartym luku czołgu.

Kiedy Arek na początku grudnia likwiduje plan w Zegrzynku, Lusia leży na drugim piętrze szpitala położniczego im. Dr Madurowicza. Arek prosi Adlera o wstawiennictwo u Hagera, chce wziąć tydzień wolnego. Lusia rodzi martwe dziecko. Mają po 33 lata i bardzo chcą mieć rodzinę.

“Lotna” – Atelier Wrocław 1959 r.

Od stycznia ekipa ma kontynuować zdjęcia do “Lotnej” we Wrocławiu. Ogłoszenia w “Przekroju” nie przynoszą pożądanego skutku, wciąż nie znaleziono następczyni Topoli do roli Lotnej. Arek rusza w czterodniową wyprawę w kieleckie i krakowskie w poszukiwaniu konia: “Zjeździliśmy województwa kieleckie i krakowskie wzdłuż i wszerz po wszystkich stadninach końskich. Tak potwornie zmarzłem, że odechciało mi się żyć. Cieszyłem się myślą, że na niedzielę przyjadę do Ciebie, a tu jak zwykle wyszły nici.” Klacz w końcu znajdują – Astma, choć dobrze ujeżdżona, jest sztywna i wredna: “nie można do niej podejść ani z boku, ani od tyłu, bo albo gryzie, albo kopie”. Potrzebne są też charakteryzatorskie poprawki. Pierwszym problemem jest ogon konia – niestety fragment wywiadu, w którym ekipa “Lotnej” opowiada, jak musieli odkopać Topolę, by uciąć jej ogon i zrobić z niego “perukę” dla nowego konia – się nie zachował. Oprócz doprawianego ogona, garderobiana musiała codziennie przed zdjęciami ucharekteryzowywać umaszczenie Astmy pastą do butów, by przypominała oryginalnego konia.

“Czesio Grabowski (‘Trupek’) – operator i ja. “Lotna” – Atelier Wrocław 1959 r.”

Po tym, jak skończy “Lotną”, a zanim zacznie “Niewinnych czarodziei”, których z resztą kręcą blisko, bo w Warszawie, Arek jest częściej w domu. Wnioskuję głównie po tym, że brak z tego okresu listów, choć jest jeszcze jeden fakt. Są młodzi, zakochani i zdeterminowani, by założyć razem rodzinę. Z kolejnych listów i wydarzeń orientuję się, że w czerwcu Lusia zachodzi w kolejną ciążę.

Myślę, że są wtedy szczęśliwi. Poronienia zdarzały się dużo częściej, niż teraz. Oboje widzieli i przeszli również przez śmierć bliskich w trakcie wojny. Być może właśnie fakt, że  akurat oni przeżyli, jak wspominał Sobociński, sprawia, że mają tyle siły, tyle chęci, by robić, by tworzyć, by żyć. Udaje im się zawalczyć o ich miłość, są razem, oboje zdobywają pracę marzeń. Codzienność produkcji filmów, która jest wtedy ich światem, w której Arek partycypuje i którą przynosi do domu,  wobec tego w czym się wychowali,  jak i w kontrze do codzienności gomułkowskiej “małej stabilizacji”, wydaje się jak ze snu, albo filmu, w którym za chwilę znów zostanie kierownikiem zdjęć. 

Latem 1959 roku rozpoczynają zdjęcia do “Niewinnych Czarodziejów“ – pierwszego obyczajowego, współczesnego, i ku wytchnieniu Arka, kameralnego filmu Wajdy. Tego samego lata Godard na ulicach Paryża kręci “Do utratu tchu”. Dziwnym zbiegiem okoliczności oba filmy opowiadają o przypadkowym spotkaniu kobiety i mężczyzny, którzy, oderwani od przeszłości, niepewni i nie bardzo zainteresowani przyszłością, zabierają nas na beztroską włóczęgę po swoim świecie: kinach, klubach, pokojach i ulicach. Bohaterami filmu są, przeżywający swoją “drugą młodość”, mężczyźni i dziewczyna, która nie chce dać im się z(u)wieść. Na pierwszy plan wysuwa się dezynwoltura, wolność i jazz. Zwłaszcza ten ostatni w filmie Wajdy zagra główną rolę. Nie tylko w ścieżce dźwiękowej, ale i w osobach łódzkich Melomanów, no i, bardzo już wtedy w Polsce popularnego, Komedy. Wszyscy uczestniczący w produkcji filmu postrzegają go jako pierwowzór głównego bohatera lekarza – jazzmana. Trzciński pisze muzykę do filmu. Jerzy Andrzejewski – pierwszy autor scenariusza – zaprzecza jednak, by wzorował się na nim. Skolimowski, którego Wajda w Domu Pracy Twórczej w Oborach poprosi o opinie, a następnie przepisanie scenariusza, po nocy nad nim spędzonym podsumowuje: „Musi być boks, musi być jazz, musi być fajny facet, który ma skuter i spotyka fajne dziewczyny, udaje mu się albo nie i do tego ma czasem refleksje”. To zdanie opisuje doskonale przebieg fabularny planowanego wtedy filmu. Skolimowski przepisuje dialogi. Film jest głównie gadany i grany (muzycznie), oprócz zgoła nowofalowej miejskiej sekwencji, w której wraz z głównym bohaterem, na słynnej Lambretcie, przemierzamy odbudowującą się polską stolicę.

Lato, 1959

 Łomnicki, wybrany przez Wajdę jako odtwórca głównej roli (reżyser później żałuje, że nie obsadził w tej roli samego Skolimowskiego), przesiaduje przed zdjęciami w domu Komedów. Skrzętnie obserwuje ich życie codziennie, ale i muzyka-kompozytora w trakcie pracy. Pożycza od Krzysztofa nawet czarny sweter, by wyglądać jak on.  Kiedy prosi o spodnie, Zosia – partnerka Komedy – drży, muzyk ma ich wtedy jedynie dwie pary. Na szczęście okazuje się, że Łomnicki w spodnie Krzysztofa się nie mieści. Kostiumograf obstalowuje identyczne, tylko w większym rozmiarze. Charakteryzacja utlenia aktorowi włosy, by był bardziej “ryży”, co niestety nie tylko przynosi nieco komiczny efekt, ale również, przez użycie zbyt intensywnej chemii, pozostawia rany i strupy na głowie aktora. W filmie bierze udział cała paczka z “balów gałganiarzy”, do której Wajda, nie pijący wódki i trzymajacy się zawsze nieco na uboczu, nie należy. To Komeda z Polańskim stanowią trzon tej bandy. Znają się i przyjaźnią od momentu, kiedy Polański poprosił go o napisanie muzyki do swojego dyplomu: “Dwóch ludzi z Szafą”. Od tej pory są nierozłączni. Dzięki tej przygodzie Trzciński staje się rozchwytywanym kompozytorem filmowym. Skolimowski, wierny fan sekstetu Komedy od zarania jego powstania, za namową Wajdy zdaje tego lata do szkoły filmowej. W trakcie egzaminów podchodzi do niego Polański i opowiada mu o pomyśle na film:  trójkąt małżeński na łódce. Oryginalnie historia obejmuje tydzień i pojawiają się tam inni bohaterowie. To Skolimowski wpada na pomysł, by zamknąć wszystko w dużo bardziej oszczędnej formie. Wraz z Polańskim siedzą przez trzy dni w jego mieszkaniu, z powodu upałów, owinięci w mokre prześcieradła. Tak powstaje pierwsza wersja scenariusza do “Noża w wodzie”. Atmosfera twórczego fermentu, który panuje między nimi,  przenosi się na plan filmu w Warszawie. 

Cała ekipa nie wie już czasem, gdzie kończy się film, a zaczyna życie. Skolimowski, jak w życiu, w filmie gra boksera. Podczas kolejnego dubla, jednej z “bokserskich” scen, Wajda podgrzewa atmosferę, chce “więcej mięsa”! Łomnicki tak się wczuwa, że powala Skolima na deski. Leje się krew. Wajda jest zachwycony. Skolimowski ma rozcięty łuk brwiowy. Zażąda potem od Wytwórni odszkodowania za trwałe oszpecenie. Nikt mu go nie da, bo łuki miał już porozbijane z walk bokserskich, które odbywał w warszawskiej Sparcie.

Kiedy zbliża się dzień kręcenia konkursu zespołów  jazzowych w warszawskiej Stodole, zestresowany Łomnicki, który jako jedyny z obsady, poza Polańskim, nie jest zawodowym muzykiem, postanawia zaprosić wszystkich na posiadówę u siebie. Chce poczuć się z nimi swobodniej, poimprowizować w domu. Następnego dnia o siódmej ma być kręcona scena, w której grupa rozbawionych po nocnych wojażach muzyków stoi na podwórzu i wywołuje przez okno głównego bohatera. Ten jest w pokoju, ale z nowo poznaną dziewczyną. Aktorzy mieli zgłosić się na plan o godzinie szóstej. O ósmej, gdy cała ekipa czeka w  gotowości już od godziny, kierownik planu wsiada w auto i pędzi do mieszkania Łomnickiego, gdzie znajduje mocno rozbawioną i podchmieloną brygadę. Zabiera ich na plan. Ostatecznie scena wypada tak dobrze, również ze względu na autentyzm ich stanu, że nikt nie ma do nich pretensji.

Zdjęcia dobiegają końca w połowie września, a zaraz po nich całe towarzystwo spotyka się na weselu Polańskiego i Kwiatkowskiej w Łodzi. Szalona impreza w mieszkaniu Berestowskiego momentalnie stanie się legendą, zanim jeszcze film będzie miał swoją premierę. Na weselu grają Komeda z Matuszkiewiczem i Sobocińskim. Operator Lipman, udając lwa, skacze przez płonącą obręcz spreparowaną przez pana młodego przy użyciu papieru toaletowego, którym owija się również tych gości, którzy ze zmęczenia zasypiają na podłodze. Odbywają się parodie walk byków, niemych filmów i opery. “Niewinni Czarodzieje”, pomimo nieco ironicznej wymowy, uchwycą pewien moment w czasie, ducha beztroski, wolności, twórczej wspólnoty, które ich wtedy napędza. Koniec lat pięćdziesiątych i początek sześćdziesiątych Orłowski będzie wspominał nie tylko jak najlepszy okres swojego życia, ale i polskiego kina.

Właściwie prosto z planu Wajdy, jedzie na zastępstwo na plan Morgensterna do Gdyni, gdzie trwają zdjęcia “Do widzenia, do jutra…”. Zapomną go uwzględnić w napisach końcowych. On jednak ten plan i film będzie wspominał zawsze z rozrzewnieniem i rozmarzonym uśmiechem na twarzy. Trójmiasto tętni wtedy życiem artystycznym, studenci z Gdańska i Sopotu z własnej inicjatywy już w 1954 roku tworzą teatr Bim-Bom oraz teatrzyk rąk Co To. W krótkim  czasie stają się one swoistym fenomenem wykraczającym daleko poza Wybrzeże. Jedno po drugim powstają zaskakujące i oryginalne przedstawienia, programy kabaretowe i teatralne. Premiera goni premierę. Bim-Bom staje się przebojem i ma swoje wierne i powiększające się z dnia na dzień rzesze fanów. Dwie osobowości wysuwają się zdecydowanie na plan pierwszy: niekwestionowany lider grupy Zbigniew Cybulski i jego najbliższy przyjaciel Bogumił Kobiela. To właśnie oni zawdzięczają Morgensternowi, pełniącemu funkcję drugiego reżysera na planie “Popiołu i diamentu”, aktorski angaż do tego filmu. Tam również narodzi się idea “Do widzenia, do jutra…”, który wspólnie zaczynają pisać w przerwach zdjęć na planie u Wajdy. Kręcenie filmu z udziałem grona autentycznych postaci, należących do artystycznego środowiska Trójmiasta, bądź też z nim zaprzyjaźnionych (Fedorowicz, Chyła, Wojtych, Bielicki, Polański, Komeda i inni), stanie się nie tylko ważnym wydarzeniem towarzyskim, ale i publicznym. Kręcą na ul. Długiej i Piwnej, przy kościele Mariackim, w hali targowej i kolejce SKM. Aktorów i filmowców można spotkać również w Sopocie przed zabytkową willą na ul. Władysława IV. W tym samym budynku mieści się miejski żłobek. Matki, odbierające dzieci, przychodzą wcześniej, by popatrzeć na Cybulskiego, po “Popiele i Diamencie” najbardziej znanego polskiego aktora. Młodziutka Teresa Tuszyńska – zwyciężczyni konkursu: “Piękne dziewczyny na ekrany”, ogłoszonego przez Przekrój, który wszyscy podówczas czytali, również znana jest z okładek w całym kraju. Choć prawdziwą, i zgubną, jak się potem okaże, sławę i tytuł ‘polskiej Audrey Hepburn’ przyniesie jej właśnie film, który kręcą późnym latem i jesienią 1959 roku na ulicach Gdańska i Sopotu. Gdziekolwiek nie pojawi się ekipa z kamerami, towarzyszą jej tłumy zainteresowanych. Jednak atmosfera między nimi a filmowcami zazwyczaj jest serdeczna. Po skończonym ujęciu z tłumu czasem ktoś woła: “Chodźcie, pokażemy wam jeszcze jedno ładne miejsce!”. Choć dużo jest improwizacji i zmian wprowadzanych z dnia na dzień w planie pracy, będzie to jedno z przedsięwzięć, które najmilej będzie wspominał.

Nieduża ekipa zakwaterowana jest w Domu Marynarza przy ul. Czołgistów 1 i tam codziennie omawiają plan na kolejny dzień zdjęciowy, zarówno przy śniadaniu, jak i kolacji. Zdarzają się oczywiście wpadki i problemy, jak choćby ten ze zniknięciem Cybulskiego, kiedy źle “upilnowany” przez Arka, czmycha ze swojego pokoju, ewakuując się przez okno. Innego razu, kiedy po raz kolejny Zbyszek nie pojawia się rano na planie w plenerze, ekipa szuka lokalu z telefonem, aby spróbować namierzyć. Jest jeszcze wcześnie i wszystkie sklepy są pozamykane, znajdują w końcu otwarty zakład fryzjerski. Kiedy wchodzą, okazuje się, że na fotelu, przykryty białym prześcieradłem, śpi sobie Zbyszek. Chciał być przygotowany, więc umówił się z fryzjerem na dwie godziny przed planem. Ogolony i odświeżony zwyczajnie przysnął na fotelu. Fryzjer, widząc jak bardzo pan Cybulski jest zmęczony, po prostu nie miał serca go budzić.

Na nadmorskim planie Arek obchodzi swoje trzydzieste czwarte urodziny. Kolejne bez żony, od której dostaje tego dnia list: “Bardzo żałuję, że nie będę mogła osobiście złożyć Ci życzeń i w tak uroczystym dniu mocno ucałować mego kochanego mężusia. A więc Areczku życzę Ci dużo zdrowia, spełnienia wszystkich Twoich marzeń no i oczywiście jeżeli już tak bardzo chcesz – syna (myślę jednak, że córkę będziesz tak samo kochać, prawda?). Ach zapomniałabym – miliona w totolotka! Obowiązkowo! Co dobrego słychać u Ciebie?(…) Muszę pochwalić się, że po powrocie nie poznasz swojej żony – taka szałowa. (…) W domu cieplutko, ale pusto.(…) Jednak będę musiała poszukać sobie zastępcę, zgadza się? Napisz do mnie kiedy wracasz, żebym zdążyła usunąć z domu wszystkie niepożądane rzeczy i osoby! (…) Jeszcze raz wszystkiego dobrego i mocno całuję swego paskudnego ‘synusia’, który mnie zostawił samą”. Lusia jest już w piątym miesiącu ciąży, czuję się jednak lepiej niż poprzednio. Jest pod opieką bardzo dobrego kolegi i ginekologa – Marcela Franca, który należał do paczki “tivoli” i jest pełna nadziei. Myśli też o zmianie mieszkania. Państwa Sławińscy – właściciele obecnego, od których, odkąd się pobrali, podnajmują pokój lokatorski, stają się nieznośni – przede wszystkim żona, której wiecznie coś nie pasuje. Nie chce tym jednak zawracać głowy zapracowanemu mężowi, informuje go tylko, że zapisała się do Spółdzielni.

Zanim oba, po latach kultowe, filmy kręcone w 59’ roku wejdą na ekrany, Arek zostanie tatą. Wcześniej, niż się spodziewali. Siódmego marca rano Lusia odczuwa bóle. W związku ze wcześniejszymi doświadczeniami, Arek zabiera ją od razu do szpitala, gdzie pracuje Marcel. Ten przyjmuje ją na oddział, ale nie spodziewa się, że poród nastąpi tak szybko. Trzy dni później Arek opisze jej dokładnie przebieg wypadków w liście, który dostarcza swoimi kanałami do sali nr 38 na drugim piętrze:

“Około godz. 13:00 pojechałem do szpitala aby się dowiedzieć o Tobie. Marcel, który akurat wychodził do więzienia zakomunikował mi, że prawdopodobnie wypiszę Cię ze szpitala ponieważ nie odczuwasz żadnych bóli (Tolek świadek). Zaznaczył, że jednak z więzienia przyjedzie ponownie do szpitala i zbada Cię dokładnie. Umówił się ze mną na godz. 18:00 w klinice. Naturalnie zjawiłem się o umówionej godzinie. Zadzwoniłem z dołu do Marcela, który zupełnie spokojnym głosem oświadczył mi, że powinieniem śpiesząc się wsiąść w samochód i pojechać po kwiaty, ponieważ  sądzi, że do mojego powrotu dokona się misterium. Co czułem od tej chwili tego nie będę opisywał ponieważ opisać tego się nie da a spróbuję Ci to opowiedzieć osobiście. Naturalnie pospieszyłem zaraz do Dziadków. No tu nastąpił “giewałt”. Pojechałem szukać kwiatów. Wszędzie olbrzymie kolejki i zupełny brak czerwonych róż, które koniecznie chciałem dostać. Na domiar wszystkiego brakło mi na Narutowicza benzyny. Po dłuższych tarapatach dobrnąłem wreszcie do szpitala. Dzwonię do Marcela, który zakomunikował mi, że jestem już szczęśliwym tatą. Ja zupełnie zapomniałem języka w gębie tak, że Marcel kilkakrotnie powtarzał: halo ! halo!. Portier śmiejąc się podpowiedział mi abym spytał co się urodziło. Na moje pytanie w tej materii Marcel odpowiedział pytaniem: “co chciałeś mieć?” ja naturalnie bez namysłu wrzasnąłem: CÓRKĘ!! (autentycznie) Wtedy usłyszałem, że życzeniu memu stało się zadość.

Musiałem na Marcela poczekać pół godziny ponieważ jak wyraził się musiał Cię “oporządzić”. Ze szpitala pojechaliśmy do Dziadziusiów, gdzie wszedłem sam zakomunikować radosną nowinę. Naturalnie kazałem zgadywać. Dziadziuś oczywiście twierdził, że syn. Po moim wyjaśnieniu widać było, że jest zawiedziony. Zresztą tylko on z całej rodziny i znajomych. Potem pojechaliśmy do Tolków, gdzie został wydany przeze mnie bankiet na Waszą cześć. Marcel nie mógł długo urzędować ponieważ nazajutrz miał ciężką operację. Ja natomiast “zabalsamowałem” się dokładnie, tak że w domu byłem po pewnych przeżyciach około godz. 4-tej (nie mylić z godz. 16:00 !) (…)”

Kiedy sześćdziesiąt lat później rozmawiam z jego wnukami, najstarszy z nich i blisko z nim związany, Janek prosi mnie o to, żeby w opowieści o dziadku, bez względu na to, czy będzie to film, czy forma reportażu, znalazła się jedna scena. Często wracała w ich nocnych rozmowach i szczególnie zapadła mu w pamięć: 

Arek wychodzi z przyjęcia. Jest między czwartą a piątą rano. Świta. Ulice są puste. Ptaki śpiewają. Jest wiosna. On, choć w wymiętej marynarce, jest równie rozćwierkolony jak one. Z naprzeciwka ulicą nadjeżdża polewaczka – cysterna z wodą czyszcząca ulice. Zamiast uciekać, Arek zbliża się do krawężnika i celowo przechodzi pod strumieniem zimnej wody. Rześki, i spełniony, wita ten dzień jak nowonarodzony.” Myślę, że jej miejsce jest właśnie tutaj.

Rzeczywistość lat sześćdziesiątych otwiera się dla nich w atmosferze żartów Bim-Bom i buja się do piosenek Starszych Panów. Dwudziestego marca Arek jedzie już na plan “Szklanej Góry” kolejnej produkcji w okolicach Wrocławia. Tam, między innymi, dubluje Marię Wachowiak w scenie poślizgu samochodowego. Po miesiącu Lusia pisze do niego: ”Kochany nasz Tatunek! Za list dziękujemy. Bardzo żałujemy, że nie możesz przyjechać (…) Kasia chodzi na spacery, ale to znoszenie i wnoszenie wózka jest makabryczne. Wózek znosimy rano, a na 13tą przyjeżdża z parku, Kasia dostaje jeść a wózek zostaje pod oknami Grzegorzewskiej i po południu jedzie znów na spacer. Dzisiaj byłyśmy w poradni. Kasia waży 5.300, a więc przytyła 1 500 urosła o 7.5 cm – 58,5 cm. Z jej spaniem bywa różnie – zresztą sam wiesz.(…)”. Państwu Sławińskim bardzo przeszkadza małe dziecko, więc Lusia, pomieszkując sporo u rodziców, którzy jej pomagają, usilnie poszukuje nowego mieszkania: “(…) proponuje pokój z kuchnią u znajomych. Willa w ogrodzie (od tramwaju kolej obwodowa – 10 min) ale bez gazu. Tam trzeba będzie dać małe odstępne no i stosunkowe niskie komorne. On uważa, że powinnam w ogóle zrezygnować z Spółdzielni. Ale ja nie chcę – tam może być analogicznie jak teraz. Wszystko dobrze do czasu.(…)”.

f.”Szklana Góra” reż. P.Komorowski, 1960 – reż P.Komorowski, M.Wachowiak, kier.prod. St. Adler, kier.planu A.Orłowski

W drugą rocznicę ślubu Arka również nie ma w domu. Lusia wysprząta dom na jego przybycie, ozdobi kwiatami i znów na próżno czeka. W liście z malutką Kasią dziękują za tulipany, ale są niepocieszone, spodziewały się Taty. W liczbie mnogiej składają życzenia w drugą rocznicę ‘niewoli’: “Życzymy Tobie dużo zdrowia, pociechy z Mamy i Córki no i oczywiście żebyś kochał nas zawsze tak jak my Ciebie kochamy. Arek przypuszczam, że Kasi nie poznasz. Przecież ona już taka duża śliczna dziewczynka. Śmieje się i zaczyna gaworzyć, ale tak od czasu do czasu. W ogóle ona jest taka kochana. Szkoda tylko, że Ciebie ciągle nie ma (…)”. Lusia prosi go, by przyjechał w najbliższy weekend i zabrał je do domu na wieś. Ma dosyć fochów gospodyni i noszenia wózka z góry na dół.

“Szklana Góra”, 1960 – od lewej : Aystent kamery Zachwajeski, kier.planu A.Orłowski, II operator W.Zdort, reżyser P.Komorowski, operator K.Winiewicz
“Szklana Góra”, 1960 – od lewej M.Wachowiak, P.Komorowski, K.Winiewicz, A.Orłowski

Z końcem maja premierę ma film Morgensterna, jednak tylko w Trójmieście i środowiskach artystycznych spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem. W prasie pojawia się sporo negatywnych recenzji i opinii. W Ekspresie Wieczornym debiut Morgensterna przyrównany zostanie do: “ślicznej bajeczki dla nowoczesnych pensjonarek“. Recenzent Trybuny Ludu narzeka, iż film reprezentuje eskapistyczną wizję świata przedstawionego, pełną snobizmu i infantylizmu. W napięciu oczekiwana jest premiera “Niewinnych Czarodziei”, którzy już w trakcie zdjęć wywołują medialną i obyczajową polemikę. Film podczas kolaudacji zostaje jednak zatrzymany. Komisja godzi się na jego wypuszczenie tylko pod warunkiem przemontowania i zmiany zakończenia. Przepychanki trwają prawie rok, aż wreszcie Wajda ulega i zmienia zakończenie na “happy end”: główna bohaterka Pelagia wraca do przypadkowo spotkanego tego wieczoru Bazylego. Film wchodzi do kin w grudniu 1960 roku i pomimo wprowadzonych zmian prasa miażdży go, odsądzając od czci i wiary. W recenzjach pojawiają się takie określenia jak: “snobistyczne studium pozerstwa”, a sportretowane w filmie środowisko określa się mianem: “półartystów, półhochstaplerów, cyganów i kanciarzy, a przede wszystkim snobów, kabotynów i niedoaktorów żyjących naśladownictwem zachodnich wzorców okraszonych błazeńską filozofią z poczekalni u dentysty”. Oba filmy zostają jednak zauważone za granicą, otrzymują pozytywne recenzje i wyróżnienia. Do kin idzie również młoda publiczność, która chce żyć, bawić i kochać się, jak bohaterowie w filmie.

Życie świeżo upieczonej, i głównie samotnej, matki wygląda jednak kompletnie inaczej niż to na planie, czy przedstawione w filmie. W mieszkaniach bez bieżącej wody, przy użyciu głównie domowej roboty środków czyszczących, trzeba ubranka, pościel i pieluchy prać i gotować w kotłach. Suszyć na rozwieszonych po pokojach sznurkach, a potem jeszcze dokładnie prasować, aby pozbyć się ewentualnych bakterii. Do tego karmienie i chodzenie na spacery. Urlop macierzyński trwa wtedy cztery miesiące, a Lusi zależy na kontynuowaniu pracy. Przy opiece nad dzieckiem pomagają dziadkowie, Kasia często zostaje u nich. Gospodarze Lusi – starsi Państwo – nie mogą spać nocami, gdy dziecko płacze. Arek przyjeżdża przeważnie na niedziele, rzadko kiedy może zostać kilka dni.

Kryzys nadchodzi, gdy Lusia orientuje się, że jest w kolejnej ciąży. Arek ponownie współpracuje wtedy z Wajdą. Plan “Samsona” jest wymagający, piętrzą się problemy i przedłużają zdjęcia. Czekają wtedy na przydział mieszkania na powstającym na Dołach osiedlu Włady Bytomskiej. Lusia ma 35 lat, ambicje zawodowe i perspektywy ich rozwoju. Kasia ma półtora roku, a Lusia już bardzo dokładnie wie z czym wiąże się odchowanie małego dziecka. Zdaje sobie również sprawę, jaki stosunek wobec macierzyńskich obowiązków mają jej przełożeni – mężczyźni. Największym rozczarowaniem wydaje się jednak dla niej w tym czasie być to, jak wygląda jej małżeństwo z Arkiem. Ciągle na zdjęciach, w rozjazdach, Arek jest na każde wezwanie Zespołu i nigdy nie wiadomo kiedy, i na ile, będzie w domu. Lusia z obowiązkami rodzicielskimi i domowymi zostaje sama a jednocześnie zaczyna mieć poczucie, że Arkowi pasuje taki układ. Podejrzewa, że bardziej niż w domu, jej mąż woli być na planie. Nie tak wyobrażała sobie dom i rodzinę. Kolejna ciąża ją zaskakuje. Rozważa aborcję, choć wie, że to prawdopodobnie ostatnia szansa dla niej, by mieć jeszcze dziecko. Dla Arka ta ciąża jest równie niespodziewana. On chce tego dziecka. Staje w związku z tym przed wyborem pomiędzy dalszą karierą w filmie a rodziną.

Scena powstała w ramach rozwoju pomysłu na scenariusz filmu fabularnego inspirowanego biografią Arkadiusza Orłowskiego – nakręcona podczas warsztatów kursu Studio Prób oraz Script w Wajda School. Reżyseria: Michał Soja. Scenariusz: Tamara Skalska. Wystąpili: Marta Ścisłowicz, Dobromir Dymecki. Opieka artystyczna: Leszek Dawid

“MDM Hotel

Warszawa Pl. Konstytucji 1 – do Ludmiła ul. Żeromskiego 42 m 5 – pp.Kocyków

Warszawa, 21. XI. 61

Kochany mój Lusik!

Odkładałem pisanie tego listu do dnia dzisiejszego, ponieważ sądziłem, że będę mógł wreszcie napisać Ci coś rozsądnego o moich dalszych losach w tym filmie. Muszę jednak przyznać, że prześladuje mnie specjalny pech. Okazało się bowiem, że w naszym materiale zdjęciowym występuje elektryzacja i w związku z tym zmuszeni byliśmy (jak do dnia dzisiejszego) powtarzać trzy dni zdjęciowe. Teraz mamy materiał w Łodzi i czekamy wszyscy z niecierpliwością na jego powrót do nas. Rozmawiałem z Hagerem na temat dalszych moich losów przy tym filmie, ale nic konkretnego nie powiedział ze względu właśnie na ten materiał. Jeżeli jutro okaże się, że wszystko jest w porządku to na sobotę ma jechać część ekipy do Łodzi na dokonanie reprojekcji na jeden dzień. Według moich obliczeń powinienem przyjechać do domu na stałe w przyszłym tygodniu. Jak będzie naprawdę dowiem się już niedługo.

Naprawdę Lusik jest mi naprawdę więcej przykro aniżeli przypuszczasz, że muszę teraz być tutaj z daleka od Ciebie i Kasi. Ty stale posądzasz mnie, że ja jestem b. zadowolony z tego, że przebywam poza domem. Nawet powiedziałaś to głośno w niedzielę rano (na tapczanie): “że Ty czekasz aż przestanę mówić i prosisz Boga aby jak najprędzej wsiąść w pociąg i odjechać”. Prawda, że ja zawsze milczę, ale powiedz mi co ja mogę Ci powiedzieć? Czy myślisz, że sprawia mi przyjemność rozłąka z Wami? Że jestem taki zachwycony swoją pracą? Tym bardziej jest mi przykro słysząc te zarzuty od Ciebie, wiedząc, że tak nie jest jak Ty sobie myślisz. Stale zapominasz niestety o tym, że ostatecznie tutaj to coś sobą reprezentuję i oznaczam. Wiem doskonale, że zmieniając sobie pracę nie będę tym, czym jestem tutaj. Jednak teraz postanowiłem już, że po tym filmie zrobię wszystko aby stało się zadość naszym obopólnym życzeniom. Boję się tylko czy to wyjdzie na dobre i finansowo i moralnie.

W każdym bądź razie zrobię tak jak oboje postanowimy. Wierz mi, że ja też chciałbym żyć jak każdy inny normalny człowiek, być stale w domu i cieszyć się codziennie Tobą i Kasią. Jeżeli tak nie jest, to bezsprzecznie jest b. dużo w tym mojej winy. Przyznam się, że boję się rozmawiać z Tobą na ten temat, ponieważ Ty posiadając bezsprzecznie rację, w dodatku zaperzasz się a ja w ten czas tracę zupełnie rezon i… milczę. Zresztą na swoją obronę mam i tak mało argumentów. A te które posiadam, są dla Ciebie zupełnie niezrozumiałe.

Jeśli chodzi o drugą sprawę a mianowicie o ciąże to wyczułaś chyba, że jestem przeciwnikiem usuwania jej. Nie ze względu na  jakieś tam nadzieje i względy moralne (choć i to nie jest bez znaczenia) lecz przede wszystkim ze względu na Ciebie.

Przypomnij sobie ile przeszłaś już tego rodzaju historii. Czy myślisz, że to nie pozostawia żadnych śladów? Wiem, że w całej tej imprezie całą winę ponoszę ja, ale dlatego, że tak się stało, że zawiniłem to teraz tak bez żadnych skrupułów mam się zgadzać na usuwanie dziecka? Zapewniam Cię, że stanie się tak jak Ty zechcesz, ale pomyśl trochę czy zdecydujesz o tym słusznie. Pamiętaj, że kiedyś to było zupełnie co innego i inne były warunki. Piszę Ci to wszystko dlatego, że kocham Cię i chcę aby było jak najlepiej. Nie myśl sobie, że gdy będziemy już na swoim to będzie tak jak było do tej pory, tzn. że nie wiedział człowiek gdzie ma swój dom, i czy wogóle taki ma. Pamiętasz? Z Kasią też stało się tak, że nie wiedzieliśmy sami kiedy to było – a jaka Ona teraz kochana? Czy wyobrażasz sobie, że mogłoby jej teraz nie być? Przemyśl sobie to wszystko do mego przyjazdu w sobotę i porozmawiamy (o ile ja znów nie będę milczał).

Napisz mi co trzeba ażebym przywiózł ze sobą z W-wy. Jeśli zaraz odpiszesz to list powinienem dostać w piątek. Napisz mi co słychać z mieszkaniem. Jak czuje się Kasia i co porabia? Jak Twoje zdrowie, czy dalej czujesz się niedobrze?

Ucałuj Kasię mocno, mocno od Taty w nosek i powiedz Jej , że Tata już niedługo będzie na stałe z Kasią.

Ciebie całuję i tu i tu i tam i jeszcze tu tu i wszędzie.

Twój kochający Cię zawsze,

Arek.”

Share
Facebook Twitter Google+