JEDNA WIELKA RODZINA
“Gdybym tylko miał matkę, bym mógł powiedzieć Matko Matko.”
William Faulkner, Wściekłość i Wrzask, (1929)
WN./PL., Samochód/ Ulica, Częstochowa, dzień, 1936
Kremową limuzyną Steyr-Daimler-Puch pędzi wąską drogą, wraz z jedenastoletnim synem, wątły mężczyzna z wąsikiem. Chłopiec na kolanach trzyma skrzypce, a ojciec instruuje go, w którym miejscu przyciskać struny, aby wydać zaintonowany przez niego dźwięk. Arek wyraźnie podniecony jazdą, pomimo że nie patrzy na gryf, z łatwością znajduje tony, które podaje ojciec. Harmonia pędu i melodii, którą współtworzą, pochłania ich całkowicie.
Wjeżdżają do Częstochowy, gdzie Marian musi zwolnić i skupić się na, spacerujących dość beztrosko po ulicach, przechodniach. Samochód to wciąż ewenement na polskich drogach i nawet w Alejach wzbudza żywe zainteresowanie. Arek kątem oka obserwuje ojca, który wyprostowany jak struna, próbuje pozą dodać sobie wzrostu i powagi, niby mimochodem rozdając przechodniom uprzejme uśmiechy. Chłopiec sam przygląda się łapczywie pięknym budynkom i spacerującym wśród nich przechodniom. Niczym taper do filmu, przygrywa temu, co przewija się za oknami. Bez rodzicielskiej marszruty brzdąkanie Arka staje się bardziej spontanicznie, nie tracąc przy tym nic ze swej płynności.
Melodia urywa się jednak równie niespodziewanie, jak pęd auta. Pod jedną z kamienic czeka na nich, przestępując z nogi na nogę, mocno zniecierpliwiony i bardzo elegancko ubrany, mężczyzna. Tak szybko, jak muszą opuścić znienacka przerwany sen, szczęśliwy i dumny ojciec zdaje się kurczyć i zapadać w siebie. Ze skrzypcami pod pachą, Arek stoi obok auta, wyłapując uchem nuty wyższości sączone przez zaciśnięte usta zniecierpliwionego klienta. Kiedy Marian oddaje wreszcie kluczyki i przyjmuje kopertę, chłopiec odchodzi od Daimlera tak jak odchodzi się od marzenia, które właśnie legło w gruzach.
Idą z ojcem w milczeniu, powoli, jakby nagle sprawiało im problem przedzieranie się przez świat, który przestał się poruszać. Dopiero po dłuższej chwili Arek orientuje się, że nie idą w stronę domu. Zniecierpliwiony mówi ojcu, że jest zmęczony i pójdzie do babci, niech ojciec sam załatwia swoje sprawy. Marian spięty, nie patrząc na syna, rzuca tylko, iż tę sprawę muszą załatwić razem. Nieznacznie przyspiesza kroku. Arek wściekły ciągnie się za nim.
Zatrzymują się parę ulic dalej, gdzie z przecznicy wyżej nadciąga potężny kondukt pogrzebowy. Ojciec chwyta go za rękę i zaczyna ciągnąć w jego kierunku. Chłopiec, kompletnie zdezorientowany, nie stawia oporu. Kiedy docierają do czoła procesji, Marian zatrzymuje się na brzegu ulicy, przyciąga syna do siebie i uważnie zaczyna lustrować wzrokiem przesuwających się przed ich oczami żałobników.
W oczach jedenastoletniego dziecka orszak ten jawi się niczym zapustny korowód, przewijają się przed nim kozy, diabły… i śmierć. Tyle, że twarze i ciała kolędników są jak zamrożone, jakby zamiast wyjść z zaświatów, właśnie do nich schodzili. Tylko dzieci, najwyraźniej nie rozumiejąc zasad gry dorosłych, próbują ich wyrwać z upozorowanej katatonii. Arek w końcu podnosi głowę, pytając ojca: “Kto umarł?”, ale orientuje się, że jego twarz również się zmieniła. Nie potrafi jej rozszyfrować, nigdy jej takiej nie widział. Próbując wyśledzić, za kim podąża jego wzrok, ściska mocniej jego dłoń. Ojciec, jakby przebudzony tym dotknięciem, unosi go lekko i wskazuje na odchodzącą w procesji krępą kobietę, z burzą ciemnych loków… Cicho, ale bardzo wyraźnie powie: “To Twoja Matka.”
Nie wiem jaki to miesiąc. Ani pora roku. Chyba wspominał, że było mu wtedy zimno. A może to ja projektuję chłód na tę scenę? To jedno z tych nagrań, które straciłam. Pozostaje mi tylko pamięć. Zawodna. Jak każda. Przeszłość – coś, czego nie ma. Są skutki, ślady, wspomnienia… W każdej pamięci, nawet jeśli ci sami ludzie uczestniczą w tych samych wydarzeniach, zachowuje się nieco inny ich obraz. To dziwna robota, szukanie pasujących do siebie skrawków wspomnień i opowieści, których splot rwie się dokładnie w tych miejscach, w których próbujesz je pozszywać. Zanim dotrę do etapu życia Arka, które pozostawiło po sobie wyraźne ślady, muszę zrobić krok w tył. Tu wszystko się zaczyna, choć trudno wiele rzeczy ustalić. Zanim w jego świecie pojawiło się kino, a potem wojna, były w nim muzyka, auta… i rodzina, która rozpadła się zanim mógł pojąć, czym właściwie jest. Historia każdego z nas zaczyna się od historii naszej matki.
Arkadiusz Orłowski rodzi się w Częstochowie 20 października 1925 roku. Goniec Częstochowski tego dnia donosi o porozumieniu zawartym w Locarno i pakcie reńskim, w którym uczestniczące kraje, w tym Rzesza, mają “poddawać arbitrażowi wszelkie możliwe konflikty”, w celu niedopuszczenia do wojny. Na 7 grudnia zostaje zwołane posiedzenie Ligi Narodów, celem przyjęcia do jej szeregów Niemiec. Edwin Scott z San Francisco ogłasza, że wynalazł “promienie śmierci”, które mogą przebić na odległość 40 km pancerz statku i zniszczyć wszystkie aparaty telegrafu bez drutu, a także <<zebrać>> w powietrzu samoloty i wysadzić w powietrze fortyfikacje nieprzyjaciela. Pan Scott proponuje amerykańskiemu ministerstwu marynarki wypróbowanie swojego wynalazku. Nigdy jednak nie zaprezentuje prototypu. Podobnie zresztą jak Nicola Tesla, który ideą promienia śmierci i telesiły pozostanie opętany do końca życia. W trakcie II wojny Rzesza będzie chełpić się dwoma, a Japonia jednym projektem pod tym hasłem. Do momentu wynalezienia broni laserowej w XXI wieku historię ich rozwoju będzie jednak może śledzić tylko w dziełach fantastyki naukowej, poczynając od kuzyna Tołstoja. Wraz z końcem października 1925 roku meteorolodzy wróżą niezwykle ostrą i wczesną zimę. Pod prognozą Dyrekcja Państwowego Monopolu Spirytusowego informuje: ceny spirytusu idą w górę. W Kino – Teatr <<Nowy>> seanse są codzienne. W salonie Fotografia Artystyczna <<Stella>> przy ul. Panny Marii 33 “zdjęcia przy świetle Elektrycznym Ostatniego Amerykańskiego wynalazku”. Latem, przed narodzinami Arka, premierę ma Gorączka Złota Charliego Chaplina. Późną jesienią, na ekrany wejdzie Pancernik Potiomkin Siergieja Eisensteina. Gazeta codzienna, w niewielkim mieście w Polsce, donosi tego dnia, iż Western Electric zawiera umowę z Warner Bros na wynalezienie systemu produkowania filmów dźwiękowych. Wszystkie te wydarzenia staną się od tej pory również częścią jego historii.
Arek przychodzi na świat jako syn Zeneidy z Kocyków i Marjana Orłowskiego. Mieszkają oni podówczas w “posiadłości”, jak nazywa ją stryjeczna siostra Arka – Ewa, która staje się moją przewodniczką po Częstochowie i koligacjach rodziny Orłowskich. Posiadłość, czyli piętrowy murowany dom rodziny Orłowskich, znajduje się przy ulicy Jodłowej – wtedy jeszcze pustym polu. Mieszkały w nim siostry Mariana, a było ich sześć: Wacława, Zdzisława, Regina, Józefa, Cecylia i Adela oraz on z żoną i nowo narodzonym synkiem. W podwórku jest jeszcze jeden dom, parterowy – to w nim właśnie mieszkają rodzice Ewy – brat Mariana – Józef i ciotka Alfreda. Na zdjęciu, które pokazuje mi Ewa, widać wysoki, murowany dom z dużymi oknami otoczony długim drewnianym płotem, który wybiega poza ramy kadru, grodząc z pewnością cały majątek Orłowskich. Zza niego wystają dwa mniejsze skośne dachy, dwa inne majaczą w oddali. To cała zabudowa. Zdjęcie zrobione jest z drugiej strony ulicy, a raczej dużego placu ubitej ziemi, który go otacza. Zdjęcie jest przepalone, to lato, korony drzew wystają znad płotu. Przed głównym wejściem do domu, na krześle siedzi mężczyzna z wąsem, w mundurze – dziadek Józef – w otoczeniu sześciorga dzieci w białych ubraniach. Pięcioro z nich ma na sobie z pewnością sukienki. Tylko co do szóstego, w dziwnym trójkątnym kapelusiku, nie jestem pewna. Marian był najmłodszym dzieckiem – rodzynkiem w rodzinie Orłowskich. Po lewej stronie pod płotem stoi kobieta. Jeśli to babcia Maria z niemowlęciem Marianem, to jest to ostatni rok XIX wieku.

Arek opowiadał, że kiedy był mały, plątała się ich – dzieciaków – zawsze cała zgraja, a babka – groźna, w długim fartuchu – oganiała się od nich ścierą. Nie wiem już tylko czy chodziło mu o babkę Orłowską, czy Kocyk – matkę Zinaidy, babkę jego przyszłej żony. W pewien sposób Arek powtórzy “grzech” swego ojca. Nie tylko wybierze żonę wbrew swojej rodzinie i wierze, ale wybierze ją z tej samej rodziny. Ożeni się z córką brata własnej matki. Nie da się opowiedzieć jego historii bez zrozumienia tego, co wydarzyło się wcześniej w tej rodzinie.
Zinaida i Marian – bo takich form, wbrew temu co znajdę w oficjalnych dokumentach, używa rodzina – poznają się w Częstochowiance, a właściwie „La Czenstochovienne”. Fabryka włókiennicza i zakłady bawełniane, uruchomione w 1885 pod nazwą “Błeszno” jako filia fabryki w Żyrardowie, rozrastają się w zawrotnym tempie. Podobnie jak Łódź i Żyrardów, Częstochowa staje się tekstylną ziemią obiecaną dla tych, którzy przybywają tu z Rosji, Niemiec, Austro-Węgier, czy wreszcie z Francji, w poszukiwaniu lepszego życia. Choć sławę – żydowskiej Norymberdze, jak w całej Europie wtedy nazywają Częstochowę – przynosi też rozwój przemysłu drobnego. Przed wojną znana jest z dewocjonaliów, pamiątek, zabawek i wyrobów galanteryjnych – produkowane tu grzebienie rozprowadzane są na terytorium całego Imperium Rosyjskiego. Po wojnie prym wiodą sztućce, oprawy do okularów, guziki i papierośnice. Ojciec Mariana – Józef Orłowski – oddelegowany z Żyrardowa, w fabryce w Częstochowie będzie rozwijał tkalnie, w zamian za co otrzyma “posiadłość” i ziemię przy Jodłowej. W poszukiwaniu pracy przyjedzie tu też w 1882 Bazylii Kocyk ze wsi Sobiatyno z Białostocczyzny. W 1886 roku fabryka zatrudnia 305 robotników, a w 1896 roku już 980. Cztery lata później fabrykę wykupuje francuska spółka akcyjna Societe Textile „La Czenstochovienne”, co znacznie przyspiesza jej rozwój. W 1913 roku fabryka zatrudnia około 5000 robotników, a wartość jej produkcji wynosi ponad 8 milionów rubli. Przed I wojną światową była to największa w mieście i jedna z największych fabryk w Kongresówce. W tym kulturowym i społecznym tyglu, pomiędzy dwiema wielkimi wojnami, spotkają się właśnie Marian i Zinaida.
Zaraz po I Wojnie Światowej panowało duże bezrobocie, choć byłoby ono wyższe gdyby nie, powszechny wówczas, proces zmniejszania wymiaru pracy do 2–3 dni w tygodniu, stosowany zamiast redukcji etatów. Pracownicy, choć niewiele pieniędzy, mieli więc sporo wolnego czasu. Marian ma wtedy prawie 20 lat i po odbytej w Legionach służbie rozpoczyna pracę jako urzędnik w fabryce. Z pewnością jest mu łatwiej, jego ojciec Józef jest tam osobistością – obermajstrem, który tworzy jedną z tkalni. Umiera w 1925 roku – nekrolog w Gońcu Częstochowskim głosi: “Józef Orłowski – obywatel miasta Częstochowy, radny banku ludowego w Częstochowie, majster tkacki fabryki La Czenstochovienne, członek związku majstrów fabrycznych, zmarł 30.IV.1925 przeżywszy lat 58.” Wyprowadzenie zwłok następuje 3 maja. Na pogrzeb przybywają delegacje majstrów z Łodzi, Zgierza i Zduńskiej Woli. Na pogrzebie jest również Zina, w ciąży z Arkiem. Na innym pogrzebie za kilkanaście lat, po raz pierwszy świadomie, zobaczy ją syn.
Na pamiątkowym tableu majstrów i pracowników biurowych oddziału tkalni bawełny z dn. 10 czerwca 1925 zostaje umieszczon zdjęcie Józefa. Na tym zdjęciu ma najwyżej trzydzieści lat. Wyróżnia się na tle innych portretów nie tylko niezwykle eleganckim jasnym garniturem i atłasowym krawatem, przewiązanym na zawadiacko postawionym kołnierzu, ale i urodą. Wygląda jak Eugeniusz Bodo na swoim słynnym zdjęciu z psem Sambo zrobionym prawdopodobnie w Genewie. Jest tym, który pośród wielu twarzy, przyciąga wzrok. W przeciwieństwie do swojego syna, widniejącego na innej gałęzi tego samego tableu. Marian w małych drucianych oprawkach i z wąsko ogolonym wąsikiem, który za dziesięć lat będzie budził grozę, kompletnie ginie w tle. Wątły, przeciętny, z twarzą, która kompletnie nie zapada w pamięć. W opowieściach rodzinnych przedstawiany jest jako człowiek “słabego charakteru”.



W zbiorach Arka odnajduję kilka zdjęć z ojcem. Na jednym z nich ojciec jest w pracy – zdjęcie doskonale upozowane. Marian za, zastawionym pieczątkami biurkiem, odbiera telefon, wygląda rzeczywiście jak zatopiony w poważnej rozmowie, trzymając pióro w ręku, oparte na sztorc o stos papierów leżących przed nim. Za jego lewym ramieniem stoi młoda kobieta, w białym kołnierzyku z zaczesanymi gładko włosami, wpatrzona w notatnik, w którym skrzętnie zdaje się coś notować. Arek, jeśli chodzi o ojca, pamiętał głównie samochody, cukierki i skrzypce. W rodzinnych archiwach znajduję legitymację Ligi Morskiej i Kolonialnej wystawionej na Mariana w roku 1931 jako członka “rzeczywistego” oddziału w Częstochowie. Prawdopodobnie to z jednego z czasopism ojca, „Sprawy Morskie i Kolonialne” lub „Morze”, kilkunastoletni Arek wyrwie mapę Madagaskaru, na który, wraz z kolegą, będą próbowali zbiec niedługo po wybuchu II wojny światowej. Zachowało się również pozwolenie na broń Mariana, wystawione w Częstochowie 1934 roku, a następnie przedłużane do 1940 już w Radomsku.

Zina, kiedy zaczyna spotykać się z Marianem w 1923 r., ma dopiero osiemnaście lat. W Czestochowiance musiała dopiero co zacząć. Oboje pracują na stanowiskach urzędniczych, podobnie jak ich ojcowie. O Zinie wiemy, że pięknie śpiewała. Cała rodzina Kocyków jest uzdolniona muzycznie. Starszy o cztery lata od Ziny brat Włodzimierz – późniejszy teść jej syna, będzie dyrygentem prawosławnego chóru w powojennej Łodzi. Brat Siergiej, ucząc się w konserwatorium, dyryguje chórem cerkwi Ambasady Carskiej w Rzymie. Inny brat stanie się twórcą pierwszej opery narodowej w Kazachstanie. W jednym z listów z 8 IV 1920 r., na który natykam, przeglądając stare dokumenty, Zina opisuje, w zgrabnych słowach i lekkim tonie, wyprawę nad Pilicę. W liście jawi się ona niczym przeprawa przez Saharę i Atlantyk. Znajduję tam wzmiankę o tym, jak Zina przygrywa na “zapleśniałych i zbutwiałych strunach” do dreptka (taniec rosyjski) Pelce, z którą na ową wyprawę się wybrała. Następnie dziewczyny piszą do kogoś, na kogo czekają: “Proszę się wsłuchać w szum wiatru ze strony wschodniej, a usłyszy Pan cudowne tony tych skrzypiec”. Może to właśnie skrzypce ich połączyły? Marian dorabiał, grając na potańcówkach i weselach.

O Zinie opowiada mi starsza córka Arka: “Nie bała się mówić tego, co myśli. Krępa, rzutka, lubiła się bawić i śpiewać. Była wolna i niezależna. Energiczna i porywcza. Wszędzie było jej pełno. Jak naszego taty.” Arek miał jedno zdjęcie z matką. Wisiało nad jego łóżkiem, w srebrnej oprawce. Właściwie to reprint złożony z dwóch zdjęć – po lewej, może dwuletni, Arek w kaszkiecie stoi na krześle, które z tyłu trzyma młodziutka Zina. Po prawej jest już starsza, z innym synem, którego Arek odnajdzie po wojnie.
W jego zbiorach jest kilka zdjęć matki. Szesnastoletnia Zina w czarnej beretce, z wystającymi spod niej czarnymi lokami, siedemnastoletnia Zinaida z wielkim bukietem kwiatów i krótko obciętą czarną aureolą loków – śliczna dziewczyna. Na następnym zdjęciu jest już trzydziestoletnią kobietą, włosy jaśniejsze, upięte z tyłu, tęższa. Na tym zdjęciu jest już z nowym mężem. Marian i Zinaida rozwodzą się w 1927 roku. Zaledwie dwa lata po narodzeniu Arka. Kiedy pytam Ewę i córki Arka, o to, co się stało, ich pierwsza odpowiedź to: “nie wiem… tak naprawdę nigdy nie dowiemy się, co wydarzyło się w tym domu, do czego między nimi doszło”. Mają jednak swoje podejrzenia.
Społeczeństwo międzywojennej Polski było mocno zróżnicowane pod względem narodowościowym, religijnym i językowym. Większość stanowili Polacy wyznania rzymsko-katolickiego, ale aż co trzeci mieszkaniec kraju zaliczał się do mniejszości. Wśród nich najwięcej było grekokatolickich lub prawosławnych Ukraińców (ok. 15%), Żydów wyznających religię mojżeszową (ok. 9%), a także w większości prawosławnych Białorusinów i protestanckich Niemców. Ów koloryt etniczny uzupełniali m.in. Litwini, Rosjanie, Ormianie, Tatarzy, Czesi i Karaimi. Prawosławie stało się drugim co do wielkości wyznaniem w kraju. Konstytucja marcowa w art. 114 zakładała zasadę równouprawnienia wyznań uznanych prawnie, przy jednoczesnym przyznaniu kościołowi katolickiemu uprzywilejowanej pozycji wśród wyznań równouprawnionych. Władze odrodzonego państwa polskiego u progu jego istnienia postrzegały jednak kościół prawosławny jako pozostałość struktur Cesarstwa Rosyjskiego, którą należało przezwyciężyć, a w najlepszym razie ograniczyć. Pomimo dość liberalnych przepisów wyznaniowych, państwo polskie w relacjach z Kościołem prawosławnym “weszło w buty” rosyjskiego zaborcy, rozpoczynając akcję rewindykacyjna dążącą do maksymalnego ograniczenia jego wpływów politycznych i społecznych oraz zerwania jego związków z mniejszościami narodowymi. Ważnym motywem była również silna wrogość wobec prawosławia, jako religii siłą utrwalanej na ziemiach polskich przez władze zaborcze. Działania rewindykacyjne były prowadzone również z inicjatywy oddolnej, poprzez spontaniczne przejmowanie cerkwi przez katolików. Narracja nawołująca do podobnych czynów była szeroko praktykowana z ambon. Można podejrzewać, że w twierdzy polskiego katolicyzmu – na Jasnej Górze, tym bardziej. Do ognia konfliktów dorzucały jeszcze środowiska endeckie i nacjonalistyczne nastroje.
Rodzina Orłowskich to bastion polskości. Brali udział w powstaniach, Józef osadzony w Cytadeli, Marian walczył w Legionach Polskich. Siostry Mariana, na zdjęciu wiszącym na ścianie w mieszkaniu Ewy, to bardzo modnie ubrane kobiety. W lekkich trenczach, sukienkach i kapeluszach – prawdopodobnie to stroje, w których chodziły co niedzielę do kościoła. Kiedy próbuję wyobrazić sobie, opisać tamten świat, jednocześnie wertuję Ernaux, podglądając jak ona odtwarza świat międzywojennej prowincji. To u niej natrafiam na to zdanie, które niczym “Podwójne życie Zinaidy Kocyk”, tej polskiej i tej francuskiej, otwiera przede mną, co mógłby powiedzieć mi Arek: “Siostry ojca, które były pomocami domowymi w mieszczańskich rodzinach, patrzyły na matkę z góry. Dziewczętom z fabryki zarzucano, że nie potrafią posłać łóżka i że są z nich latawice. We wsi uznano, że nosi się nieprzyzwoicie. Chciała naśladować modę z żurnala, jako jedna z pierwszych obcięła włosy, wkładała krótkie sukienki, malowała oczy i paznokcie. Głośno się śmiała. (…) Była robotnicą, która potrafiła żywo odeprzeć atak i odpyskować. Jedno z jej ulubionych zdań: “Przecież jestem tyle samo warta co ci ludzie”.

Możemy sobie wyobrazić atmosferę, która panowała w posiadłości na Jodłowej, kiedy Marian – wychuchany i hołubiony przez matkę i siostry beniaminek – postanawia poślubić Zinę – prawosławną i wyzwoloną Białorusinkę. Arek opowiadał mi, że zarówno dziadek Józef, jak i dziadek Bazyli, byli przeciwni temu związkowi. Marian stawia jednak na swoim. Ślub odbywa się w katedrze, pomimo różnicy wyznań. Arek zostaje ochrzczony 14 lutego 1926 roku.
Kiedy Arek przyjdzie na świat, dziadka Józefa już w domu nie będzie. Z opowieści rodzinnych wynika, że rządziły w nim ciotki – dewotki. Zinaida była inna. Wyglądała nie tak, ubierała się nieodpowiednio, inaczej mówiła, wszystko robiła inaczej. Pouczały ją, jak opiekować się dzieckiem, jak gotować, jak żyć. Nie podobało im się, że chodzi na zabawy, że śpiewa, że gra, a przede wszystkim, że ma swoje zdanie. Marian nie robił z tym nic. Zinaida nie wytrzymuje. Po półtora roku wyprowadza się od nich. W 1927 dochodzi do rozwodu, a Sąd II Rzeczpospolitej opiekę nad dwuletnim synem przyznaje katolikowi i Polakowi – ojcu.
O Zinie będzie się potem mówić w rodzinie, że “zostawiła swoje dziecko”, że “poszła z innym”. Taką wersję w dzieciństwie będzie znał Arek. Wychowają go głównie ciotki, na zmianę. Podrzucany trochę jak kukułcze jajo, Arek będzie miał coś w rodzaju “lgnięcia” do nich. Pytany o te czasy, pamięta tylko, że inne dzieci przychodziły głodne do szkoły, a on zawsze miał zupkę na mleczku i zapakowane kanapki ze smalcem. Jak się później okaże, matka próbowała do niego przychodzić, ale ciotki jej nie wpuszczały. Zamykały przed nią drzwi. Kiedyś Arek opowie, że gdy jeszcze był bardzo mały, za ich namową obrzucił ją kamieniami, gdy przyszła.
W 1929 roku wybucha kryzys, gwałtownie spada zatrudnienie, rozpoczynają się strajki i zamieszki. Nie wiemy, czy Zina traci pracę wtedy, czy w związku z sytuacją z Marianem odchodzi już wcześniej. Prawdopodobnie i Marian w tym czasie traci pracę w Częstochowiance. W 1928 roku populacja robotników w mieście i okolicy wynosiła ok. 37 tys. osób, z czego ok. 50% pracowało w przemyśle włókienniczym. W chwili wybuchu kryzysu zatrudnienie w przemyśle spada do 20 tys. Wiele rodzin postanawia wyjechać za chlebem. Włodzimierz – brat Zinaidy zostanie w Częstochowie do 1932 r., ale i on się poddaje. Zabiera siedmioletnią wtedy Lusię, jej starszą siostrę Tatianę i ich matkę na Kresy Wschodnie (m. Równe), gdzie dostaje propozycję posady nauczyciela. Arek i Ludmiła znają się jako dzieci, bawią się wspólnie u babci Kocyk. Nie mają jeszcze wtedy pojęcia, co ich czeka.
Nie wiem, nikt z rodziny nie wie, w którym momencie poddała się Zina. Kiedy przestała walczyć o to, by mieć kontakt ze swoim synem. Ona też wyprowadza się Częstochowy. Najpierw do pobliskiego Kłobucka. Tam prawdopodobnie spotyka Mariana Fabrycego, który pracuje w nadleśnictwie. Wyjeżdża z nim do Niemirowa. W 1936 na świat przychodzi przyrodni brat Arka – Sławek “Yaro” Fabrycy. Nikt wtedy nie spodziewał się, jak tragiczny koniec będzie miała dla niej ta historia.


W 1936 roku Marjan traci kolejną pracę w przedstawicielstwie pośrednictwa handlu autami Mieczysława Junga. Bo Junga zastrzeli żona. Podobno miał romans. Arek pamiętał, jak ojciec woził go autami. To wtedy musiała narodzić się miłość do motoryzacji – jedna z tych, która zostanie z nim do końca życia. Gdy Jung ginie, przeprowadzają się do Radomska, gdzie Marian zatrudniony zostanie 22.04.1937 roku w zakładach metalurgicznych Metalurgia Werke na stanowisku urzędnika w wydziale buchalterii. Będzie tam pracował do sierpnia 1940 roku. W Radomsku Arek zacznie uczęszczać do gimnazjum im. Fabianiego, gdzie pozna Panterę. Tam odkryję Kinema. Ojciec wyślę go na lekcję skrzypiec, na których gry uczył go do tej pory sam. Tam również zastanie ich wojna.
W scenie z 1936 roku, na pogrzebie, kiedy Arek po raz pierwszy w swoim świadomym życiu widzi matkę, ona musi być już w ciąży z jego bratem. Nie zdąży nawet wtedy zawołać “Mamo, mamo!”


